Szukając tanga w Argentynie

Tango, to pierwsze, co przychodzi na myśl, gdy mówimy o Argentynie. Wydaje się, że wystarczy wysiąść na lotnisku w Buenos Aires, a już wpadamy w tangowe objęcia. Nie do końca tak jest. Żeby poczuć prawdziwe argentyńskie tango, trzeba się sporo nachodzić i naszukać. Mimo światowej sławy tego tańca wpisanego na listę niematerialnego dziedzictwa kulturowego UNESCO, odniosłem wrażenie, że tańczenie tanga nie jest jakimś dominującym zwyczajem w Argentynie. Może dlatego, że Argentyna, a zwłaszcza Buenos Aires, mają tak ogromną ofertę kulturalną do zaoferowania, że stare, poczciwe tango po prostu ginie w tym ogromie. Warto jednak poszukać, bo taneczny trop może zaprowadzić nas w niesamowite miejsca i zetknąć z ciekawymi ludźmi.

Attyka pięknego pałacu Rodrígueza Peña w Buenos Aires, w stylu Art Nouveau, czyli secesyjnym.
Attyka pięknego pałacu Rodrígueza Peña w Buenos Aires, w stylu Art Nouveau, czyli secesyjnym.

Szlakiem przez Andy

Argentyny nie było w planie mojej podróży do Ameryki Południowej. Lądowałem w Chile i tylko ten jeden kraj ma tak wiele ciekawego do zaoferowania, że nie starczyłoby kilku miesięcy na podróż po Atakamie, Andach, czy Ziemi Ognistej. Ale rzut oka na mapę wystarczył, by narosły wątpliwości: przecież Argentyna, kraina wina, tanga i najlepszych steków na świecie leży rzut beretem od stolicy Chile Santiago. To zaledwie 350 km, wystarczy przebić się przez majestatyczne Andy i już jesteśmy w drugim największym mieście Argentyny, usadowionej u podnóża gór Mendozie. A co dalej? Tylko trochę ponad 1000 km do Buenos Aires. Długa, męcząca podróż, ale może to jedyna okazja, by zobaczyć Argentynę? Decyzja zapada i kupuję bilet autobusowy z Santiago do Mendozy. To najbardziej rozsądna opcja, tania i dość komfortowa, bo komunikacja autobusowa w Ameryce Południowej to podstawa. Autokary długodystansowe są wygodne, mają toaletę, rozkładane prawie do pozycji leżącej siedzenia, na pokładowych telewizorach wyświetlane są najnowsze hity kinowe, a za oknami podziwiać można bajeczne widoki. Jak choćby porośnięte winnicami stoki, albo zmieniające swoje kolory przepiękne Andy. Warto dodać, że to właśnie w tym miejscu uprawiane są najlepsze szczepy winogron, takie, których nie ma już w Europie. To dzięki kolonizatorom, starodawne europejskie szczepy przetrwały zarazę, która zdziesiątkowała uprawy w Europie, a uchowały się właśnie w Chile oraz Argentynie, zwłaszcza w regionie Mendozy. Warunki klimatyczne są tam bowiem zbliżone do tych w Hiszpanii, Francji czy Włoszech, dominuje bowiem klimat… śródziemnomorski!

Chociaż do Mendozy jest tylko 350 km podróż trwa ponad 8 godzin. Andy pojawiają się zupełnie znienacka, najpierw droga przebiega po zupełnej płaszczyźnie, nagle autokar wjeżdża w góry. Nie ma żadnych wyżyn i pagórków, po prostu z równiny wyrastają olbrzymie Andy. Przeprawa przez góry trwa bardzo długo, autobus mozolnie wspina się po serpentynach, za oknami widoki jak z innej planety. Górskie jeziora, niesamowite pasma skał, odcięte równo jakby ktoś je pokroił nożem. Gdzieniegdzie wyciągi narciarskie, to bardzo dobre tereny do uprawiania sportów zimowych. W końcu wysoko na przełęczy przejście graniczne z dokładnym sprawdzaniem przyjezdnych i ich bagaży. I znowu zjazd z gór, które po drugiej stronie granicy mają już zupełnie inny kolor, krajobraz zmienia się i podobnie jak przy wjeździe w góry, tak i po przeprawie, Andy nagle się kończą i wjeżdżamy na wielką równinę ciągnącą się aż do samego Atlantyku, argentyńską pampę.

Przystanek Mendoza

Drugie co do wielkości miasto Argentyny w ogóle mnie nie zachwyciło. Co prawda jest to spory ośrodek kulturalny, można podziwiać tam kilka zabytków, ale nie poczułem jeszcze prawdziwego klimatu Argentyny, nawet pierwszy zamówiony stek i lampka wina nie powaliły mnie na kolana. Uboga okazała się także oferta tangowa. Kilka szkół na obrzeżach miasta, milongi jedynie w weekendy. Nie udało mi się zobaczyć prawdziwego argentyńskiego tanga w pierwszym mieście Argentyny. Na szczęście Mendoza ma dwie inne niesłychane atrakcje: okoliczne winnice oraz przepiękny widok na Aconcaguę, najwyższy szczyt Ameryki Południowej (6962 m). Wystarczy wskoczyć w miejski autobus, wyjechać trochę poza miasto, wypożyczyć rower i pojeździć między winnicami, podziwiając górującą w oddali, ośnieżoną Aconcaguę. Przystanki na trasie można robić w wielu bodegach, czyli piwnicach, a właściwie wytwórniach win. W nich zaś podziwiać historyczne sposoby wytwarzania wina no i oczywiście próbować trunków wytwarzanych w tym regionie. Jest to z pewnością znakomita atrakcja dla smakoszy win. Upojony znakomitym smakiem wina, wsiadam do nocnego autobusu do Buenos Aires. Jeszcze przez chwilę podziwiam przez okno niesamowite niebo południowej półkuli, upstrzone miliardem gwiazd, które wydają się tak wielkie i tak bliskie, prawie na wyciągnięcie ręki. To dlatego w tej części świata zlokalizowane są największe i najnowocześniejsze obserwatoria astronomiczne. Na pampie czy na na pustyni Atacama praktycznie nie ma zanieczyszczenia światłem, można więc podziwiać widoki nieba, jakiego wielu ludzi już nie dostrzeże w swoich rozświetlonych miastach. Autobus sunie równo po argentyńskiej pampie, zasypiam.

Dlaczego boskie?

Nie wiem dlaczego do Buenos Aires, miasta pomyślnych wiatrów w wolnym tłumaczeniu z hiszpańskiego, przylgnęła łatka boskiego miasta. Czy ta boskość przejawia się w tutejszych zabytkach sakralnych, np. w pięknym cmentarzu Recoleta? Czy może chodzi o błękit nieba nad metropolią? A może to nawiązanie do boskiego Diego Maradony, który przecież grał w tutejszej drużynie Boca Juniors i ma w Buenos Aires tabuny fanów, wielbicieli i wyznawców swojego kościoła, a jego podobizny i poświęcone mu ołtarzyki można spotkać w dzielnicy La Boca? Nie wiem, może to po prostu tylko tytuł piosenki Maanamu, ale jakieś ziarenko prawdy w tym zwrocie jest. Bo dla mnie Buenos Aires to przede wszystkim boskie miejsce na mapie kulturalnej. Takiej ilości teatrów i muzeów nie widziałem w wielu bardziej znamienitych miastach w Europie, a to co mnie uderzyło, to niesamowity głód kultury wśród mieszkańców Buenos. Dosłownie wielkimi tłumami szturmują oni przedstawienia teatralne, koncerty, wydarzenia, jarmarki, księgarnie, potańcówki, wystawy. Tak było m.in. w Państwowym Muzeum Sztuk Pięknych, do którego trafiłem nie mając pojęcia, że przypadkowo przyjechałem do Buenos akurat w czasie tamtejszej nocy muzeów. Ale zanim ruszymy konsumować życie kulturalne stolicy, koniecznie trzeba najpierw coś zjeść. A wybór ciekawych potraw w restauracjach Buenos Aires jest spory. Od dość drogich dań z owocami morza, przez bardzo dobrą pizzę (Włosi to spora grupa emigrantów w Argentynie), przez tanie i pożywne empanadas, jedzone niemal w biegu pierożki zapiekane z warzywami czy mięsem, aż po królową argentyńskich stołów, wołowinę! I tu muszę przyznać, że w jednej z restauracji w Buenos poczułem prawdziwą, kulinarną Argentynę. Stek, który zamówiłem, był krwisty, ale tak przyrządzony i tak smaczny, że rozpływał się w ustach. A do tego dość tani, bo kosztował jedynie 8 dolarów wraz z frytkami, zestawem surówek i lampką wina. Jeszcze parę łyków yerba mate na drogę i pora ruszać na poszukiwania tanga.

W takich miejscach Argentyńczycy zatrzymują się na chwilę, by zjeść pyszne empanadas.
W takich miejscach Argentyńczycy zatrzymują się na chwilę, by zjeść pyszne empanadas.

Na obrzeżach tanga

Tango, najbardziej argentyński symbol, wcale nie jest aż tak widoczne na ulicach Buenos Aires. No chyba że ruszymy tradycyjnie turystycznym szlakiem i pojedziemy na El Caminito. Jest to mała ulica w zdegradowanej i dość niebezpiecznej dzielnicy La Boca, z pewnością znacie ją z kolorowych domków widocznych na wielu pocztówkach z Buenos Aires. Leży nad brudną rzeką Riachuelo, wpadającą do La Platy i zawsze jest pełna turystów. Nazwa uliczki nawiązuje do tytułu jednego ze starych argentyński tang, a według licznych legend na temat powstania tańca, to właśnie tu w portowej dzielnicy La Boca, tęskniący za swoimi ojczyznami emigranci, słuchali rzewnej, melancholijnej muzyki i tańczyli do niej, początkowo jedynie w męskich parach, ze względu na przewagę mężczyzn w ówczesnej stolicy Argentyny. Dziś ulica jest turystyczną atrakcją Buenos. Kolorowe domki malowane przez pierwszych emigrantów farbą pozostałą w stoczniach, tangowe klubiki i restauracje, widowiskowe pary tańczące wprost na bruku i nieprzebrane rzesze turystów kręcące się wśród straganów z pamiątkami. Ja pojechałem na El Caminito wczesnym rankiem i była to znakomita decyzja. Po pierwsze ulica była zupełnie pusta, kramikarze dopiero rozstawiali swoje stanowiska, a lokalni kieszonkowcy leniwie budzili się ze snu i wychodzili ze swych kryjówek, by zjeść coś przed „pracą”. Za godzinę uliczka zapełniła się ich klientami, ale ja przez tę godzinę ze spokojem pospacerowałem po El Caminito, starając się przenieść w myślach o sto lat wstecz i wyobrazić sobie, jak biedni, tęskniący za swoim krajem emigranci tworzą na tej ziemi nowy taniec, który potem podbije cały świat. Z pewnością warto zobaczyć urokliwą El Caminito, ale tu tango jest tylko na pokaz i na sprzedaż. Trzeba jednak uciekać stamtąd jak najprędzej, zaraz po zakupie tangowych pamiątek i pstryknięciu pamiątkowych zdjęć. O ile ktoś nam nie zwędzi portfela czy aparatu.

El Caminito
Wiersz wysławiający uliczkę na ścianie w dzielnicy La Boca.

Ścieżko zatarta przez czas,
która pewnego dnia
widziałaś nas przechodzących razem.
Przyszedłem ostatni raz,
przyszedłem opowiedzieć ci o mojej krzywdzie.*

Tango, to według słów jednego z najznamienitszych poetów tangowych Enrique Santosa Descepolo, smutna myśl, którą się tańczy. To dlatego, że w muzyce tangowej dominuje melancholia, tęsknota, zawód miłosny. Taniec jest zaś improwizacją do tej melancholijnej muzyki. Powstał z wielu muzycznych i tanecznych stylów, można w nim dostrzec elementy kultury tanecznej afrykańskich niewolników, czy hiszpańskiego flamenco. Rozwijał się na początku XX wieku, w najbiedniejszych, portowych dzielnicach Buenos Aires, jako taniec ulicy. Niektóre przekazy mówią nawet wprost, że tango powstało w portowych domach publicznych! Nowa muzyka i nowy taniec szybko się rozwijały, trafiły też na podatny grunt w Europie, szczególnie w Paryżu. Początkowo uznawane było za taniec nieprzyzwoity. Jako taki potępił tango m.in. papież Pius X. Obecny zaś papież, pochodzący z Argentyny Franciszek, uwielbia tango i uznaje się za eksperta w tym tańcu.

W sercu tanga

Jednak żeby poczuć prawdziwe tango, trzeba trochę poszperać, znać tajne miejsca, godziny milong, rozkłady praktyk. Z jednej strony trochę mnie to zdziwiło, spodziewałem się, że muzyka tangowa będzie w Buenos niemal rozbrzmiewać z ulicznych głośników. Z drugiej strony, ta trochę tajemnicza aura nadawała kulturze tangowej dodatkowego smaczku czegoś elitarnego. Zmuszała do wkupienia się w łaski tangowego środowiska, aby poznać, gdzie bije serce tanga w Buenos Aires. Już samo przygotowanie, czyli tangowe zakupy, nastręczało sporo problemów. Gdyby nie opisane w przewodnikach poukrywane sklepy z butami do tanga, nikt nigdy by do nich nie trafił z ulicy. Trzeba znać dokładny adres, aby zostać wpuszczonym do tego tangowego przedsionka raju. Przedsionka i to dosłownie, bo sklepy z butami do tańca często znajdują się po prostu w mieszkaniach. Tuż po wejściu atakuje właścicielka takiego osobliwego butiku, przynosi kolejne pary do mierzenia, w pokoju urządzonym na przymierzalnię gwar i rozpalone emocje. A są to buty znakomitej jakości, misternie wykonane, ponoć jedne z najlepszych na świecie, ale też i dość drogie. Jeśli już mamy buty, możemy poszukać jakiegoś kursu tanga, praktyki, albo milongi, czyli tanecznej imprezy z muzyką tangową, w odpowiedniej oprawie, klasycznie lub bardziej nowocześnie. Rzeczywiście, jeśli trochę uważniej porozglądamy się po centrum miasta, dostrzeżemy plakaty zapraszające na milongę, albo kurs tanga. Milongę najłatwiej znaleźć w internecie, nie ma dnia, by w Buenos Aires gdzieś nie odbywała się milonga, czasem jest ich kilka jednego dnia. Aby zaś poćwiczyć przed imprezą, trzeba poszukać odpowiedniej salki ćwiczeń lub klubu. Są one często skrzętnie poukrywane, ale za to gdy już uda nam się odkryć takie miejsce, można wejść tam z ulicy i poćwiczyć tango nawet za darmo.

Klasycznym instrumentem używanym w wykonywaniu tanga jest bandoneon, rodzaj akordeonu. Wirtuozem tego instrumentu był Astor Piazzola, jeden z najwybitniejszych wykonawców muzyki tangowej. Tango tańczy się podczas specjalnych wieczorów tanecznych zwanych milonga. Partner, który chce poprosić do tanga, szuka oczu wybranej partnerki, spojrzenie to tzw. mirada. Jeśli ich oczy się spotkają, następuje cabaceo, czyli delikatne kiwnięcie głową z obu stron, oznaczające, że oboje partnerzy mają ochotę zatańczyć. Wchodzą na parkiet i rozpoczynają taniec po okręgu parkietu, przeciwnie do ruchu wskazówek zegara. Tango można tańczyć dostojnie i powolnie, czyli klasycznie, w rytmie walca oraz w rytmie milongi, kiedy to muzyka ma charakter bardziej luźny i wesoły. Taniec jest dość prosty, składa się z ośmiu podstawowych kroków i kilku figur. Piękno tanga bierze się zaś z improwizacji, łączenia podstawowych figur w różnych konfiguracjach.

Mnie poszukiwania tanga zawiodły w niesamowite miejsce. W bardzo modnej, kulturalnej i młodzieżowej dzielnicy o nazwie Palermo znalazłem El Studio Dinzel. Mały, lokalny, alternatywny klub tanga argentyńskiego, ale prowadzony przez prawdziwego mistrza, Rodolfo Dinzela, twórcę własnej teorii tanga i systemu tego tańca. Przyjęła mnie tam znakomita instruktorka, Elise Roulin, Francuzka polskiego pochodzenia, która tak zakochała się w tangu, że przerwała dobrze zapowiadającą się karierę naukowca i wyjechała do Buenos Aires, nie znając języka hiszpańskiego, ani nie mając kontaktów. Po wielu próbach nauki tańca trafiła do mistrza Dinzela i z czasem stała się jedną z jego najlepszych tancerek i propagatorką systemu Dinzel. Elise doskonałym polskim opowiedziała mi o historii studia, o swojej filozofii tanga. Spędziliśmy świetne popołudnie w modnej dzielnicy, słuchając pięknej tangowej muzyki, popijając yerbę i oglądając takie figury, jak ocho, sacada, volcada, parada, giro i cortado w wykonaniu praktykujących tancerzy z całego świata. Żałuję jedynie, że nie udało mi się poznać mistrza Rodolfo, minąłem się z nim zaledwie kilka minut. Miesiąc później dowiedziałem się, że Rodolfo Dinzel zmarł nagle w wieku 65 lat. Dzieło mistrza kontynuują jego uczniowe na całym świecie, a na czele studia stanął syn Eric ze swoją partnerką Flavią Kohut.

Adios Buenos

Z Palermo wracam do Microcentro. Spaceruję podziwiając misternie zdobione kamienice stolicy, ratusz, pałac prezydencki i okazałą operę. Jest sporo prawdy w stwierdzeniu, że Argentyna jest najbadziej europejskim krajem Ameryki Południowej, na ulicach Buenos Aires można się poczuć jak w Paryżu, czy Madrycie. Mijam budynek kongresu, potem Plac Majowy, na którym ciągle protestują matki zaginionych podczas haniebnych lat rządów junty wojskowej w Argentynie. Potem robię bardzo długi spacer najszerszą ulicą świata, Aleją 9 Lipca, która w najszerszym miejscu ma 150 metrów, a samochody jeżdżą tu aż po ośmiu pasach ruchu. Mijam obelisk postawiony z okazji 400. rocznicy osiedlenia się nad La Platą pierwszych hiszpańskich osadników, to charakterystyczny punkt orientacyjny w Buenos Aires. Zmierzając w kierunku placu Dorrego widzę na chodniku starszą parę, z czułością całującą się bez żadnego skrępowania. To wcale nie taki rzadki widok na ulicach tego boskiego miasta. Na małym placyku Dorrego, pod gołym niebem odbywa się milonga dla wszystkich. Pary w uściskach tańczą w rytm muzyki, dookoła sporo gapiów, głównie turystów. Stąd jest już niedaleko do doków, znakomicie urządzonego miejsca w starych dokach portowych, tętniącego życiem, pełnego restauracji, barów i klubów. Tutaj rozbrzmiewa już zgoła inna muzyka, nowoczesna, jak przystało na nowe centrum miasta. Niedaleko stąd mieści się dworzec kolejowy i autobusowy. Zmierzam tam, mijając po drodze paradę zombie i wilkołaków. To coroczny zombie walk w Buenos Aires. Upojony znakomitymi dźwiękami tanga wsiadam do nocnego autobusu w kierunku Chile. Jeszcze przez chwilę podziwiam przez okno niesamowite miasto, zapełnione tłumami mieszkańców, którzy chętnie korzystają z uroków swojej pięknej stolicy. Autobus sunie równo po argentyńskiej pampie, zasypiam.

Moje drogie Buenos Aires,
kiedy ponownie cię zobaczę
nie będzie więcej żalów ani zapomnienia.
Pod twoją opieką rozczarowanie nie istnieje,
odlatują lata, zapomina się ból.**

Galeria

Gabino Coria Peñaloza i Juan de Dios Filiberto, „Caminito”.
**Carlos Gardel, „Mi Buenos Aires Querido”.

0 87 100 1

Argentyna, czy warto?

Oj warto, warto. Szczególnie zobaczyć Buenos Aires. Moja wizyta w Argentynie była dość krótka, raczej pierwszy rekonesans. Ale uznaję ją za bardzo udaną i z pewnością chciałbym wrócić do Argentyny. I to nie tylko do stolicy, bo ten kraj ma o wiele więcej atrakcji do zaoferowania. Zobaczcie, jak oceniam Argentynę po pierwszej wizycie.

87.142857142857%
Średnia ocena
  • Przyroda
    100%
  • Kultura
    100%
  • Transport
    90%
  • Jedzenie
    80%
  • Bezpieczeństwo
    70%
  • Ludzie
    90%
  • Atrakcyjność cen
    80%