Mega muzeum

British Museum w Londynie, Muzea Watykańskie w Rzymie, Galeria Uffizi we Florencji, Luwr w Paryżu, Prado w Madrycie i jeszcze parę innych. Muzealne molochy. Gigantyczne skarbnice ludzkiej cywilizacji. Dziesiątki sal, kilometry zwiedzania. Ogromna skala. Wielka historia. Wybitne dzieła. Słynne nazwiska. A w środku ty. Mały zwyczajny człowieczek. Dla kogo jest mega muzeum? I po co?

British Museum. Naga mumia

Wizyta w British Museum – największym skarbcu sztuki starożytnej w Europie, nie jest żadnym wzniosłym przeżyciem. Estetyczną ucztą, powrotem do przeszłości, czy zmysłową ekstazą. To koszmar! A ten zaczyna się jeszcze przed wejściem, od kolejki. Nie ważne czy to wakacje, czy środek listopada. Sezon trwa tu cały rok. Dalej jest tylko gorzej. Dziedziniec kryty szkłem. Wielka przestrzeń, mocne światło. Z muzealnego shopu z gadżetami wchodzisz bezpośrednio na sale wystawowe. Z sali do garderoby, z garderoby znów do sali. Starożytny Egipt, Sumerowie, Grecy klasyczni, Rzymianie i jeszcze raz starożytna Grecja, i Mezopotamia, i Egipt, i Meksyk, i Afryka dzika. Monety, wazy, reliefy, rzeźby, posągi, obeliski, sarkofagi, mumie. A prawie wszędzie ścisk, tumult, hałas. Jak w fabryce. Gablota z Kamieniem z Rosetty – osaczona. Marmury Elgina – najechane. Fryz panatenajski – oblężony. No i last but not least – mumie. Przy nich największe zagęszczenie visitors. Nie idzie spojrzeć, a co dopiero się przyjrzeć. Tablice z przepisem na mumifikację otoczone bardziej niż oryginały. „Mózg usuwano przez nos, serce – przez nacięcie w boku”. Ludzie stoją, gapią się, oczy wielkie z ciekawości, policzki czerwone z ekscytacji. Czy w całym muzeum pełnym cudów i cudeniek z najróżniejszych epok i wszystkich stron świata może być coś bardziej fascynującego niż naga zasuszona dziewczyna? Co tam antyczne kanony piękna, wenuski, atleci, kontrapunkty, krągłości, muskulatury. Czarne oczodoły, napięte ścięgna, sypiące się niczym spróchniałe drewno ciało. To jest to!

Hieroglify.
Londyn. Egipskie hieroglify odczytał w 1822 r. francuski uczony Jean-François Champollion.

Dla mniej wtajemniczonych: kamień z Rosetty to kamienna tabliczka pokryta trzema rodzajami pisma, której odkrycie pozwoliło na odczytanie egipskich hieroglifów. Marmury Elgina to grupa antycznych rzeźb z Partenonu, wywiezionych z Aten do Londynu przez angielskiego lorda Elgina. Fryz panatenajski to relief z procesją ku czi bogini Ateny pochodzący z Partenonu.

…dotarłem przed oblicze Mona Lisy i puściły mi zwieracze. Bo tam tłum najgęstszy, ale, dasz wiarę – wszyscy stoją tyłem do obrazu! Nikt w oczy Lisy nie spogląda, wszyscy sobie robią z nią sweet focie! Smartfony w dłoniach wyciągniętych, nie sposób się przez ciżbę tę przecisnąć ku płótnu, bo każdy wściekły od razu, że mu wchodzę w kadr.*

Luwr. Pani Lisa

W sali, w której eksponowany jest najsłynniejszy obraz świata wisi pełno znakomitych dzieł najlepszych mistrzów włoskiego renesansu od Tycjana po Veronese. W całym Luwrze jest ich tysiące. I co z tego? Wszystkie oczy i tak skierowane są tylko na jedną osobę. Lisę Gherardini. Mona Lisę. Giocondę, jak kto woli. „Postawcie ją na chwilę obok jednej z tych prostodusznych greckich bogiń lub pięknych kobiet starożytności: och jak bardzo zaniepokoiłaby je ta piękność (…)” pisał Walter Pater, angielski krytyk sztuki. Jej portret, wystawiony niczym na ołtarzu, zabezpieczony pancerną szybą i odgrodzony barierką, co by, Boże broń, jakiś szaleniec nie śmiał znowu go skraść, zawsze otacza tłum zwiedzających.

Mona Lisa została skradziona z paryskiego Luwru 21 sierpnia 1911 r., złodziejem okazał się być Vincenzo Peruggia – pracownik muzeum zajmujący się oprawą obrazów. Złodziej chciał sprzedać obraz do Florenckiej galerii Uffizi za pół miliona lirów. Jak tłumaczył potem w śledztwie, ukradł obraz, aby ten w końcu wrócił do Włoch.

Dla wielu, żeby nie powiedzieć prawie wszystkich, Mona Lisa to cały Luwr. Może jedynie gdyby sam boski Leonardo stanął we własnej osobie i huknął ktoś wreszcie oderwałby wzrok i spojrzał gdzieś dalej niż jej tajemniczy uśmieszek. Ot, chociażby na inne obrazy mistrza. A tak, nic. Tłoczą się i pocą. Nie jest łatwo przecież wspinać się na palce i wyciągać szyję, jednocześnie trzymając w górze rękę ze smartfonem, żeby zrobić sobie z Moną selfie. A że z tej odległości, zza pleców innych i za grubą szybą pani Lisy prawie nie widać, to już inna sprawa. Tłum turystów forsujący barierkę i usiłujący Giocondę sfotografować przywodzi na myśl paparazzich uganiających się za gwiazdą na oskarowej gali. Bo to, że Mona Lisa jest w Luwrze gwiazdą nie ulega najmniejszej wątpliwości. Ach, gdyby tak uwolnić Luwr od Mona Lisy… Zamknąć ją w galerii jednego obrazu. Wówczas cała ta rozgorączkowana chmara wielbicieli podążyłaby za nią, a w Luwrze wreszcie spokojnie dałoby się obejrzeć i Tycjana, i Veronese. Aż do czasu gdy miejsce pani Lisy nie zajęłaby jakaś inna Mona.

Mona Lisa
Lubelszczyzna. Mona Lisa – najsłynniejszy obraz świata, tu – jej kopia pod polską strzechą.

Muzea Watykańskie. Caravaggio

W 1996 r. z Pinakoteki Watykańskiej do Muzeum Narodowego w Warszawie przyjechał niezwykły obraz. „Złożenie do grobu” pędzla Caravaggia. To była artystyczna sensacja, wydarzenie sezonu. Płótno włoskiego mistrza światła i cienia wyeksponowane w specjalnie przygotowanej sali, zaciemnionej i wyciszonej, niczym magnes przyciągnęło do stołecznego muzeum tłumy zwiedzających. Aranżacja sali, nie mniej niż tematyka i ranga obrazu sprawiała, że czuło się w tym miejscu jakąś wyjątkowo podniosłą atmosferę. Dzieło Caravaggia budziło prawdziwe emocje. Ludzie kontemplowali je w skupieniu, z czcią, a nierzadko i nabożeństwem. Nie brakowało osób, które przed obrazem pochylały się w modlitwie. Na co dzień płótno Caravaggia pokazywane jest w jednej z sal Pinakoteki Watykańskiej. Byłam tam niewiele później po warszawskiej prezentacji. Prawie je ominęłam. Tak jak setki osób przede mną i po mnie. Ten sam obraz, ten sam artysta, zgoła odmienna sytuacja. Żadnego zgromadzenia, emocji, nie mówiąc o modlitwie. Wręcz przeciwnie – chłód i obojętność. W mnogości wybitnych dzieł skrywanych przez Watykańskie Muzea, poruszający obraz Caravaggia jakby wyblakł i spowszedniał.

Przyjemność zwiedzania muzeum zamieniła się ostatecznie w mękę (…). Zamiast raju –  piekielny hałas (…). Do tego kolejna tortura czyli „bliskość innych” (…)**

Mega muzeum

Mega muzeum męczy i przytłacza. Nie można zwiedzić go w całości. Nie da się. Bo mega muzeum to kilometry korytarzy, setki schodów, dziesiątki galerii, gabinetów, sal, dziedzińców i skrzydeł. Wypełnionych tysiącami eksponatów. Nie starczy dnia, by choć pobieżnie ogarnąć to bogactwo. Odmówią nogi albo i głowa. Tak jak w przypadku angielskiego pisarza Stendhala, który zasłabł po wizycie we florenckiej Uffizi.

Przypadłość, która dotyka ludzi w małych przestrzeniach wypełnionych wybitnymi dziełami sztuki opisana została po raz pierwszy w roku 1979 przez włoską doktor psychiatrii Graziellę Magherini ze szpitala Santa Maria Nuova we Florencji, jako syndrom Stendhala albo syndrom florencki. To właśnie do jej gabinetu trafiało najwięcej pacjentów z takimi objawami, jak: zawroty głowy, kołatanie serca, gorączka, dezorientacja, a nawet halucynacje.

Wśród wspaniałości mega muzeum człowiek czuje się niczym marny pyłek. Galerie postaci, meandry historii, korowód nazwisk, mnogość technik, różnorodność materiałów, bogactwo formy. Nagromadzenie tego wszystkiego w jednym miejscu jest w stanie przytłoczyć nawet największych twardzieli. W mega muzeum oczy nie zaznają wytchnienia, a zmysły z trudem radzą sobie z nadmiarem bodźców. Przestrzeń, skala, faktura, kolor, motyw. To wszystko po stokroć zwielokrotnione. Żeby chociaż dało się to oglądać w spokoju. Niestety. Mega muzeum to tłum, tumult i duchota. Spokój to ostatnia rzecz jaką można tu zastać. O samotności nie ma co marzyć.

Paryż. Luwr.
Paryż. Luwr odwiedza rocznie blisko 10 milionów osób.

Homo Muzealius

Jednak bardziej męczący niż przestrzeń i nadmiar są w mega muzeum ludzie. Część nie ma pojęcia po co właściwie jest w tym gmachu. Co ja tu robię? – zdają się mówić ich przestraszone miny. Inni – wręcz przeciwnie, wiedzą doskonale. Są tu, bo być tu trzeba. Wszak właśnie to muzeum znalazło się na liście top10 miejsc, które zaliczyć należy. Podkreślam, nie „odwiedzić”, „zobaczyć”, „poznać”, ale właśnie „zaliczyć”, „odbębnić”, „odfajkować”. O tym, jak odhaczyć cały antyk za jednym zamachem nierzadko chwalą się nawet wytrawni podróżnicy. Gdzie jest sklep muzealny? – pytają inni, nawet nie udając, jaki jest ich cel. I chwała im za to. Przynajmniej nie zwiększają frekwencji w i tak zatłoczonych do granic wytrzymałości wystawowych salach. W mniejszości, równie unikalni jak wystawione w szklanej gablocie średniowieczne manuskrypty, nad którymi od godziny ślęczą, nie zważając na hałas i skurcze łydek – entuzjaści sztuki i pasjonaci historii. Kolekcjonerzy, maniacy, naukowcy. Z wymierającej kategorii dinozaurów zwiedzania. Tych, co to jeszcze są w stanie przystanąć i pochylić głowy nad dziełem. Indywidua, którym udało się zachować zdolność panowania nad własnym spojrzeniem. Bez skakania wzrokiem z obiektu na obiekt. Którzy, jakimś cudem potrafią zastygnąć niczym skamielina i trwać przed dziełem godzinami. Jeśli ktoś jeszcze kontempluje sztukę, to chyba jedynie oni. Na ile jest to jednak prawdziwa ciekawość, a na ile naukowy chłód? Ta pierwsza zdaje się wypełniać już tylko dzieci. Co to jest? Z czego to jest? Jak to zrobiono? Kto zrobił? Po co? Kiedy? – elementarne pytania, których – my dorośli – dawno już zapomnieliśmy, a może wstydzimy się zadać. No i jeszcze ta wszechobecna technologia. Ludzie zamiast kontemplować, sycić się, przyglądać, zwyczajnie patrzeć chociaż… pstrykają na potęgę zdjęcia. Obejrzy się w domu. Bezpośrednie spojrzenie wymaga wysiłku, skupienia, perspektywy, czasu. W przeciwieństwie do niego, by spojrzeć na ekran nie potrzeba ani czasu, ani skupienia, nie mówiąc o wysiłku. Mamy zdjęcie, mamy dowód. Byliśmy tam.

… dzisiejsze muzeum stało się czarną dziurą. Wszystko w nią wpada i nic nie wylatuje: magie, wierzenia, religie, metafizyki, filozofie, a następnie różne rodzaje przemysłu, zawody, techniki, sposoby budowania, jedzenia, ubierania się i bronienia, broń, zbroje, korony królów i chorągwie, monstrancje i dinozaury (…). Czarna dziura wszystko wchłonęła, połknęła i przemieliła (…).**

Czarna dziura

Tego powinni zabronić – napisałam do przyjaciółki na gorąco po wizycie w Vitoria and Albert Museum w Londynie. – Jestem stanowczo za tym, żeby zamknęli takie miejsca i zrobili z nich wiele małych ekspozycji, przyjaznych dla oka i nóg! Jest tam dosłownie wszystko: od mebli, przez łupki, skorupki, wisiorki, chińskie wazy, japońskie kimona, secesyjne bramy aż po nowoczesny design. A podobnie jak dwa inne londyńskie muzea: British Museum i National Gallery, V&A mieści się w ogromny gmachu, który tylko w części udostępniony jest publiczności. Bo, o czym zaliczający kolejne atrakcje miasta turysta może zapominać, muzeum to nie tylko przestrzeń wystawowa, galeria, to również magazyny, pracownie i działy, cała rozbudowana struktura stworzona po to, by gromadzić, przechowywać, konserwować, opracowywać i wreszcie udostępniać.

Krawat z hieroglifami

Mega muzeum to również handel. Muzealna kawiarnia i muzealny sklep. Nieustanny przepływ ludzi wymusza szukanie funkcjonalnych rozwiązań. O ile kawiarnia, obok toalet, szatni, szafek na bagaż, automatów z napojami, wind czy podjazdów dla niepełnosprawnych z pewnością wpisuje się w ciąg koniecznych udogodnień, o tyle sklep muzealny to byt sam w sobie. Z punktu widzenia zaspakajania potrzeb elementarnych zupełnie nieużyteczny. Chyba, że do elementarnych potrzeb zaliczymy również kupowanie.

Florencja. Parasolki.
Florencja. Parasolki z reprodukcjami malarskich arcydzieł z Uffizi.

Czasem zastanawiam się, czy muzeum nie jest już tylko dodatkiem do swojego muzealnego sklepu, w którym kupić można zarówno kopie arcydzieł we wszelkich możliwych technikach jak i najbardziej dziwne gadżety. Krawat z hieroglifami, gumkę-mumię, matrioszki dynastia Tudorów, pudełko na leki z Wenus Botticellego, fartuch kuchenny z Mona Lisą, puzderko z głową Meduzy Caravaggia, ściereczkę do czyszczenia okularów z „Ogrodem rozkoszy ziemskich” Boscha. Muzealny sklep bywa nie mniej fascynujący niż galeria obok. Część asortymentu wszędzie jest ta sama, nie jest ważne czy to madryckie Prado, czy londyńska National Gallery. Gumki, ołówki, kubki, podkładki, torebki, breloczki, kalendarze. Zmieniają się tylko nadruki motywów z arcydzieł. Muzealny sklep, w przeciwieństwie do samego muzeum, nigdy mnie jeszcze nie rozczarował. Ale jak można wyjść stamtąd zawiedzionym jeśli, poza sztampowymi t-shirtami, czy kubkami, można wypatrzeć w nim prawdziwe perły. Jak choćby zestaw magnetycznych ubrań do przyodziania figurki gołego Dawida. Michała Anioła rzecz jasna.

Rzym. Kopie rzeźb.
Rzym. Kopie słynnych rzeźb do kupienia na ulicznym straganie.

Dla kogo i po co?

Mega muzeum dawno przestało być już świątynią sztuki. Salonem muz. Miejscem skupienia, iluminacji albo ekstazy, czy choćby przyjemności. To wielki młyn. Tu może wejść każdy, jak bez mała do handlowej galerii i zachowywać się niemalże jak mu się podoba. Oczywiście muzealni strażnicy zareagują na zachowania zagrażające samym eksponatom, ale już brak elementarnych zasad dobrego wychowania uchodzi tu na sucho. Śmiechy, głośne rozmowy, wygłupy, żenujące komentarze – są na porządku dziennym. Bo przecież mega muzeum jest publiczne, powszechne, nierzadko, jak np. londyńskie muzealne molochy, dostępne w dodatku bezpłatnie. Każdy może tu wejść. I tylko ciśnie się na myśl: czy naprawdę każdy musi i czy na pewno powinien? Dla kogo jest mega muzeum i po co?

* Maria Poprzęcka, cytat z Wojciecha Kuczoka w „2014 rok według „Książek”. Selfies, czyli ludzkości portret własny”, Wyborcza.pl, 2014.
** Jean Clair, „Kryzys muzeów”, 2009.