Kazimierz Dolny, nasza mała Kalifornia nad Wisłą

Ze świecą szukać w Polsce miast małych ale urokliwych, pełnych zabytków, ze wspaniałą przyrodą, z artystycznym zacięciem i mnóstwem atrakcyjnych wydarzeń. W końcu Polska to nie Italia, gdzie co drugie miasto spełnia powyższe kryteria. Za to jest u nas jedno miasto, w którym, jak mawiają, czas się zakrzywia. Miasto, które może zachwycać, a może przerażać, męczyć i zniechęcać. Miasto okrzyknięte mianem polskiej Kalifornii. Miasto marzycieli, artystów i miłości, o którym pisali Maria Kuncewiczowa, Agnieszka Osiecka, Markowie Hłasko i Grechuta. I w końcu miasto pełne tłumów. Kazimierz Dolny nad Wisłą.

Kazimierz Dolny, widok na rynek.
Najpiękniejsza panorama miasteczka rozciąga się ze Wzgórza Trzech Krzyży.

Kazimierski problem

Z Kazimierzem mam pewien problem. Albo to Kazimierz ma problem, jakkolwiek to brzmi. Postanowiłem wybrać się do Kazimierza po dość długiej przerwie. Pomysł karkołomny, bo wiem jakie tłumy zjeżdżają do tego urokliwego miasteczka w weekendy. I nieważne czy to lato, czy czas poza sezonem, w wolne dni Kazimierz Dolny tętni życiem. Niekoniecznie życiem mieszkańców, a bardziej przyjezdnych. Nie lubię tłumów, wolę takie miejsca odwiedzać w środku tygodnia, ale nie zawsze można sobie na to pozwolić. Musiałem więc zagryźć zęby, uzbroić się w cierpliwość, zastosować kilka sztuczek w celu uniknięcia korków i opłat parkingowych, i tak wylądowałem na rynku w Kazimierzu w upalne, lipcowe południe.

Na środku rynku jest studnia
Na kamienicach attyki
Wszystkie budynki w słońcu południa
Lśnią jak nowiutkie buciki*

A na tym rynku istny kociokwik. Stragany z mydłem i powidłem, ogródki piwne, weekendowi turyści, duże grupki motocyklistów i mniejsze grupki cyklistów, dzieci kwiaty i pijaczki, a na dodatek kolorowy klown pompujący balony. Oprawą muzyczną do tej scenerii były pobrzmiewające z małej sceny usadowionej na rynku bałkańskie rytmy. Inna sprawa, że w znakomitym wykonaniu. Czułem pewien dysonans poznawczy. Piękne miasto z artystycznymi aspiracjami, renesansowe kamieniczki i kościoły, znakomicie zachowane spichlerze nad Wisłą, cudowna przyroda z jednej strony i straszna komercja z drugiej. Ciężko w tym miejscu wypocząć, cieżko czegoś ciekawego się dowiedzieć i ciężko się w tym wszystkim połapać. Dlatego postanowiłem trochę uporządkować wiedzę o Kazimierzu, bo chociaż na pierwszy rzut oka wydaje się, że nikt nie ma pomysłu na Kazimierz Dolny, to jednak może da się odnaleźć w Kazimierzu coś więcej niż tylko malownicze plenery i status miasta malarzy. O potencjale miasteczka przecież nie ma się co rozwodzić, toż to perła w koronie malowniczych miast Polski.

Kazimierz Dolny, rynek pełny turystów
Pełny turystów rynek w Kazimierzu w lipcową niedzielę.

Trudna i legendarna historia

Chociaż założenie miasta przypisuje się Kazimierzowi Wielkiemu w XIV wieku, to pierwsza osada istniejąca tu w wieku XI swą nazwę zawdzięcza innemu królowi, Kazimierzowi Sprawiedliwemu. Prawa miejskie osadzie nadał z kolei król Władysław Jagiełło w roku 1406. To właśnie z tego roku pochodzi pierwsza udokumentowana wzmianka o żydowskich mieszkańcach miasteczka, a to fakt istotny dla późniejszej i obecnej historii tego miasta. Kazimierz swój dynamiczny rozwój zawdzięczał znakomitemu położeniu tuż nad samą Wisłą. Dzięki usytuowaniu na wiślanym szlaku handlowym, miasteczko bogaciło się na handlu zbożem. Specjalistami w zbożowym interesie byli Żydzi, którym polscy władcy, m.in. Jan III Sobieski, nadawali liczne przywileje. To dlatego wyrosła tu silna i jedna z pierwszych na Lubelszczyźnie gmin żydowskich, chociaż między chrześcijańskimi mieszkańcami Kazimierza a Żydami często dochodziło do konfliktów na tle ekonomicznym. Żydzi walnie przyczynili się do prosperity Kazimierza, budowali w mieście kamienice, przebudowali na murowaną, dotychczas drewnianą synagogę. Na początku XX wieku stanowili aż 89 proc. mieszkańców Kazimierza. No i żydowskim mieszkańcom miasteczka, a właściwie pięknej czarnowłosej Esterze, córce ubogiego krawca Rafaela, zawdzięczamy najpiękniejszą kazimierską legendę. Opowieść, dzięki której Kazimierz Dolny śmiało może się szczycić mianem miasta zakochanych.

Pozostałość zamku Kazimierza Wielkiego. Z wieży roztacza się wspaniały widok na Kazimierz Dolny.
Pozostałość zamku Kazimierza Wielkiego. Z wieży roztacza się wspaniały widok na Wisłę i całe miasteczko.

Król Kazimierz Wielki, który z Kazimierza nad Wisłą uczynił swoją rezydencję, zamieszkał na wzgórzu, gdzie postawił okazały zamek. Pewnego razu wracając z polowania, król zwrócił uwagę na piękną Żydówkę, Esterkę. Zakochał się z wzajemnością, ale konwenanse wykluczały upublicznienie tego związku. Dlatego zakochani spotykali się potajemnie, a król kazał wybudować dla swojej ukochanej zamek w pobliskiej Bochotnicy i połączyć go tajnym, podziemnym przejściem ze swoją posiadłością w Kazimierzu. Estera w oczekiwaniu na powrót króla z licznych wypraw, haftowała piękny parochet, czyli kotarę do kazimierskiej synagogi, którą Kazimierz Wielki ufundował w podzięce za dwóch synów danych mu przez Esterę.

I nawet jeśli ta legenda nie do końca pokrywa się z faktami, bo prawdopodobnie Estera pochodziła z Opoczna, a zamek w Bochotnicy nigdy nie należał do Kazimierza Wielkiego, to z pewnością można uważać, że taki szczęśliwy związek króla z przedstawicielką społeczności żydowskiej mógł być doskonałym argumentem dla licznych przywilejów, jakie Kazimierz Wielki fundował Żydom polskim. Podczas drugiej wojny światowej Żydów kazimierskich zamknięto najpierw w kazimierskim getcie, a potem wysłano do obozu koncentracyjnego w Bełżcu. Większość z nich zginęła, uratował się tylko jeden mieszkaniec Kazimierza pochodzenia żydowskiego, który przeżył getto. W ten sposób historia Żydów z Kazimierza stała się częścią całej tragedii Żydów polskich w czasie Holocaustu. Do dziś po licznej żydowskiej społeczności Kazimierza pozostało niewiele. Najbardziej cenionym zabytkiem obecności Żydów w mieście jest synagoga. Prawdopodobnie to właśnie tę synagogę ufundował Kazimierz Wielki i w niej wisiał wspomniany w legendzie parochet haftowany przez Esterę. Uważa się, że kamienie na budowę synagogi mogły pochodzić z pozostałości po świątyni króla Salomona w Jerozolimie, ze Ściany Zachodniej znanej dziś pod nazwą Ściany Płaczu. Poza synagogą zachowały się też jatki i stara łaźnia. Na obrzeżach miasta można jeszcze zwiedzić pozostałość kirkutu, ale historia zaciera się coraz bardziej.

Kazimierz Dolny, pozostałości żydowskiego kirkutu
Macewy na nowym cmentarzu żydowskim w Kazimierzu.

Łącznikiem z minionym światem może być jeszcze tylko smak kuchni żydowskiej serwowanej w restauracjach Bajgel czy U Fryzjera. Najbardziej wytrwałym i ciekawym tego, jak wyglądał Kazimierz Dolny przed wojną, mogę polecić dwa niesamowite, przedwojenne filmy, oba w języku jidysz! Zarówno musical pt. „Judeł gra na skrzypcach” z 1936 roku, jak i o rok późniejszy „Dybuk” były kręcone w miasteczku nad Wisłą i pełne są nie tylko widoków starego, przedwojennego Kazimierza, jego klimatu, ale także samych mieszkańców, którzy statystowali w obu filmach. Warto popatrzeć na sceny z Kazimierza i posłuchać pięknego języka jidysz, którym mówili polscy żydzi, dlatego podaję też wersję z angielskimi napisami bez zakłócającego polskiego lektora. A poniżej jeszcze jedna perełka, Kazimierz Dolny na filmie z 1920 roku!

Wszyscy ludzie Kazimierza

Kazimierz Dolny zawsze miał szczęście do ludzi. Trudno się dziwić, miasteczko, które w 1909 roku „odkrył” dla artystów Władysław Ślewiński, jeden z profesorów warszawskiej Szkoły Sztuk Pięknych, zaczęło przyciągać nie tylko malarzy, ale wszelkiej maści wolne, artystyczne  duchy. Rozkwit tej kazimierskiej kolonii nastąpił w 1923 r., za sprawą prof. Tadeusza Pruszkowskiego, rektora warszawskiej uczelni. Miasto stało się obligatoryjnym punktem wizyty dla studentów malarstwa. Od 2000 r. malarskie tradycje kultywuje Kazimierska Konfraternia Sztuki. Ale Kazimierz Dolny przyciąga nie tylko malarzy. Także pisarze, poeci, muzycy znajdowali i nadal znajdują w miasteczku znakomite miejsce do inspiracji, odpoczynku, a nawet do życia. To w mieście nad Wisłą, jeszcze w dwudziestoleciu międzywojennym zakochała się Maria Kuncewiczowa. Efektem tej miłości była decyzja, by kazimierskie letnisko zamienić na miejsce do życia po powrocie z emigracji do USA. Dom, który postawił w 1936 roku znany architekt Karol Siciński (architekt stał też za odbudową Kazimierza po wojnie), Kuncewicze nazwali willą „Pod Wiewiórką”. W Kuncewiczówce, jak dziś zwana jest rezydencja, bywali najważniejsi XX-wieczni pisarze i poeci polscy, m.in. Julian Tuwim, Antoni Słonimski, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Konstanty Ildefons Gałczyński, Jarosław Iwaszkiewicz. Właścicielka willi zaś, poświęciła miastu zbiór opowiadań „Dwa księżyce”, w którym nakreśliła wspaniały krajobraz przedwojennego Kazimierza. Dziś w willi mieści się oddział Muzeum Nadwiślańskiego przedstawiającego nie tylko historię autorki „Cudzoziemki”, ale też dzieje inteligencji polskiej okresu międzywojennego. Kucewicze zaś w Kazimierzu znaleźli także miejsce wiecznego spoczynku, pochowani są na kazimierskim cmentarzu.

Kazimierz Dolny, Góra Trzech Krzyży
Oblegana przez turystów Góra Trzech Krzyży jest znakomitym punktem widokowym.

Kazimierz Dolny stał się także tłem wyjątkowych miłosnych uniesień między dwojgiem wielkich, współczesnych literatów. To tutaj zakochali się w sobie Agnieszka Osiecka i Marek Hłasko. Oboje sportretowali miasteczko w swoich utworach. O Kazimierzu pisał i śpiewał Marek Grechuta, za plener swoich wspaniałych zdjęć wybrał miasto Edward Hartwig, teledysk do utworu „Obejmij mnie Czeczenio” kręciła tu Republika. Zresztą Grzegorz Ciechowski osiadł w Kazimierzu ze swoją ostatnią żoną. Do dziś swoje letnie wille ma tu wielu znakomitych artystów, np. Daniel Olbrychski, który gościł w Kazimierzu takich twórców, jak Zbigniew Preisner, Piotr Skrzynecki, czy Janusz Stokłosa i Janusz Józewoficz. Ci ostatni w miasteczku pisali musical „Metro”. Z Kazimierzem związani są także Wojciech Waglewski, Jan Wołek, fotografik Tomasz Sikora, artysta plastyk Jarosław Koziara, a ostatnio wokalista grupy Łąki Łan, Włodzimierz Dembowski.

Pomysł na Kazimierz Dolny

Z takim potencjałem, położeniem, uwielbieniem przez artystów i turystów, Kazimierz Dolny nie ma najmniejszych problemów z promocją. A może te wszystkie atuty, paradoksalnie, są przekleństwem miasteczka? Myśląc o Kazimierzu zawsze mam nieodparte uczucie, że ten potencjał miasta nie jest do końca wykorzystany, a przynajmniej jest mocno chaotyczny. Jeśli potraktować miasto i jego atrakcje, jako „produkt”, to wydaje się, że Kazimierz sprzedaje się sam. Może i tak, ale produkt ten jawi mi się jako bardzo niespójny, trochę pozostawiony sam sobie, jakby cudowne wąwozy, renesansowa architektura i nadwiślańskie panoramy nie potrzebowały już żadnej reklamy. Jeśli mieszkałbym bardzo daleko od Kazimierza, np. w Wielkopolsce i miasto znałbym tylko z opowieści i z mediów, to nie wiem czy chciałoby mi się jechać na drugi koniec Polski, aby je odwiedzić. Dziś do Kazimierza mam przysłowiowy rzut beretem, ale nawet z tak bliskiej perspektywy widzę, że pomysł na Kazimierz gdzieś się kazimierskim animatorom gubi i rozmywa. A przecież przykładów na dobrą, spójną promocję miasta nie trzeba szukać daleko, znakomicie robi to przecież Lublin!

Kazimierz Dolny pełen turystów
Praktycznie w każdy letni weekend do Kazimierza zjeżdżają tłumy turystów.

Na szczęście jest światełko w tunelu, jest próba. A podjął ją Urząd Miasta Kazimierza, zamawiając strategię marki Kazimierz Dolny. Pierwszym efektem tej strategii jest spot pt. „Wtajemniczenie”, który przygotował fotografik Tomasz Sikora. Film jest bardzo artystyczny i klimatyczny, a przyświecające mu hasło idealnie zdaje się pasować do miasta o tak wielkim dziedzictwie artystycznym. Spot „to jakby pierwsza odsłona wieloaktowego dzieła o czymś, czemu nie sposób ani nadać nazwę, ani spointować, ani tym bardziej domknąć wyraźnie i stanowczo. Po obejrzeniu chciałoby się powiedzieć: ciąg dalszy nastąpi…” – czytamy na oficjalnej stronie Kazimierza. No i właśnie, chciałoby się, żeby ten ciąg dalszy był już tu i teraz, a nie kończył się tylko na fajnym pomyśle i nowym logo miasta zaprojektowanym przez Jarosława Koziarę, które nie do końca do mnie przemawia. Podobnie zresztą jak słynny kazimierski, wypiekany kogut czy obraz pt. „Bajka o szczęśliwym człowieku”, w którym rzekomo uchwycony jest duch miasta. Wtórne to, staroświeckie, mało odkrywcze i moim zdaniem już nie chwyta.

Ale jest jeden temat, dzięki któremu miasto może złapać wiatr w żagle, albo śliznąć się niczym surfer na fali. I skojarzenie z falami, surfingiem, słońcem, winem, zabawą, przyrodą, sztuką jest tu jak najbardziej trafne. W strategii marki ujęto to w dość nudnawym opisie:

„Śródziemnomorskość” rozumiana nie jako miejsce lub region geograficzny, ale jako stan ducha, atmosfera i syntetyczne ujęcie pejzażu. W tym kontekście oznacza to styl życia, który jest kwintesencją radości, wolności, otwartości, bliskich relacji z ludźmi, spontaniczności i przede wszystkim umiejętności cieszenia się drobnymi codziennymi przyjemnościami. Nadzwyczajna atmosfera sprzyja wycieszeniu i relaksowi zarówno psychicznemu, jak i fizycznemu. Czas tu płynie spokojniej, jakby swoim własnym rytmem. Wyjątkowy charakter miasta oraz niezwykła lekkość bytu jego mieszkańców stwarza wrażenie miejsca ciepłego i przyjaznego. Klimat jest tu łagodny i bezwietrzny dzięki osłonięciu wzgórzami, a powietrze świetliste, jakby srebrem przesycone. Urok miasteczka i krajobrazu zachwyca i uspokaja, zaś szczególnie piękne światło, przyrównywane było niegdyś przez malarzy do włoskiego.

Kazimiernikacja

A ja myślę, że lepiej określił to jeden kapitalny facet, który pokochał Kazimierz Dolny i dziś robi dla miasta więcej niż profesjonalne instytucje – Paprodziad. Wspomniany już wcześniej Włodek Dembowski, wokalista zwariowanej grupy Łąki Łan, jednym jedynym słowem trafił w punkt. No bo czyż do Kazimierza i jego klimatu nie pasuje jak ulał zabawny neologizm brzmiący po prostu Kazimiernikejszyn? Każdy w mig załapie o co chodzi, zwłacza ci kojarzący to słowo z innym, anglojęzycznym neologizmem californication, którym grupa równie zwariowanych, kalifornijskich muzyków z Red Hot Chili Peppers nazwała jeden ze swoich najlepszych albumów. I taka właśnie zwariowana, słoneczna i imprezowa jest idea festiwalu, który Paprodziad organizuje w Kazimierzu już od czterech lat. Czegóż tam nie ma! Muzyka w wykonaniu najlepszych polskich artystów: Hey, Bednarek, Łona i Weber, L.U.C (to tylko ci z edycji w 2017 roku). Do tego niesamowite atrakcje, jak: durniej, warsztaty śmiechu i morsowania, alternatywne wycieczki po okolicach Kazimierza, bitwa na kolory, tor wsparcia, kanioning, kajaki i wiele, wiele innych. A wszystko to okraszone optymizmem, uśmiechem, zabawą i pozytywną energią, którą tryska sam organizator, wiecznie roześmiany Paprodziad. W Kazimierzu następuje zlot ludzi życzliwych – mówił w Trójce Paprodziad o swoim festiwalu i nie można się z tym nie zgodzić. Świetnie, że właśnie takich ludzi przyciąga ta impreza, bo ci młodzi, kolorowi bywalcy festiwalu znakomicie wpisują się w takie miasto jak Kazimierz Dolny, odświeżając jego nieco przykurzony, staroświecki wizerunek.

Koncert Dziadów Kazimierskich, Kazimierz Dolny 2017
Koncert Dziadów Kazimierskich na zakończenie IV edycji festiwalu Kazimiernikejszyn. Po prawej Paprodziad.

W moim przekonaniu, twórca festiwalu Kazimiernikejszyn ze swoim podejściem do przyrody, ludzi, sztuki i miejsca, w którym żyje, jest absolutnie najlepszym obecnie ambasadorem Kazimierza. Paprodziad po prostu łączy, jak sam o sobie mawia, inteligentnie bawiąc się przy okazji słowem łąka z nazwy zespołu. I takie właśnie podejście czyni Kazimierz Dolny nad Wisłą miastem wyjątkowym, kreatywnym, z klimatem wprost z Doliny Kalifornijskiej. A gdyby kogoś to nie przekonywało, to w lasach Kazimierza można znaleźć stanowiska powojnika pnącego, który jest rzadkim w Polsce gatunkiem śródziemnomorskim! Myślę, że Kazimierz powinien podążać tą śródziemnomorską, kalifornijską drogą, zmienić nieco swój wizerunek, otworzyć się na nowe. Zamiast komercji i wypiekanych kogutów, po prostu szczerość, luz, optymizm i pogoda. A wtedy pokochamy Kazimierz Dolny jeszcze bardziej, wtajemniczymy się jeszcze mocniej i zawsze będziemy doń wracać.

Kochało się w tym Kazimierzu
Płakało też jak się należy
Ale tam szczęścia zawsze było
Jakby więcej niźli pół?
A stolik w Rynku, w kawiarence
Niech na powitanie szepnie
Dłoń niech ze wzruszeniem znów rozpozna
Ten sam blat**

*Marek Grechuta, Jak perła między wzgórzami.
**Leszek Długosz, Na rynku usiąść w Kazimierzu.

0 78 100 1

Jak oceniam Kazimierz Dolny

Miasto ma niewątpliwie swój niesamowity urok. Warto wyskoczyć do Kazimierza, żeby złapać oddech, ale odradzam weekendy, szczególnie w sezonie. Raczej nabawimy się nerwicy niż zrelaksujemy. Kazimierz jest świetny poza sezonem, warto też poszukać alternatywnych tras dookoła miasta. Są tu przepiękne lessowe wąwozy, można popłynąć do Janowca, aby obejrzeć ruiny tamtejszego zamku. Z pewnością w Kazimierzu i okolicach nie można się nudzić. Uważać jednak trzeba na ceny, lokalne knajpki są mocno nastawione na warszawskich turystów.

78.75%
Średnia ocena
  • Atrakcje
    100%
  • Zabytki
    100%
  • Klimat
    100%
  • Transport
    50%
  • Bezpieczeństwo
    80%
  • Zabytki
    100%
  • Dobre ceny
    40%
  • Dojazd
    60%