Wołyń rowerem, ciężki rekonesans w Dni Dobrosąsiedztwa

Ddawno już chciałem się wybrać rowerem na Ukrainę. Słyszałem bowiem same dobre opowieści z wypraw rowerowych do naszych wschodnich sąsiadów. Okazja nadarzyła się w połowie sierpnia. Co roku w Zbereżach koło Włodawy odbywają się Dni Dobrosąsiedztwa. Wystarczy przeprawić się przez Bug i Ukraina, a dokładnie Wołyń w jego przygranicznej części stoi otworem i zaprasza. Ale jak to na Ukrainie bywa, zaproszenie okazało się nieszczere.

Słoneczniki na Wołyniu
Słoneczniki to chyba jedyna uprawna roślina w tej części Ukrainy.

Wołyń wzywa

Do obwodu wołyńskiego chciałem wybrać się z kilku powodów. Po pierwsze, znajduje się tam piękne Pojezierze Szackie. Po drugie, moje rodzinne historie wiążą się z Równem, a po trzecie, ciekaw byłem, jak wygląda ta najbliższa nam część Ukrainy, bo wcześniej byłem jedynie we Lwowie. Na razie udało się zrealizować tylko dwa punkty tego planu, zobaczyłem Wołyń z poziomu siodełka rowerzysty i zażyłem kąpieli w krystalicznie czystym jeziorze Świtaź. Okazją do tej wyprawy były Dni Dobrosąsiedztwa, które co roku organizuje powiat włodawski. Na tę okazję, na Bugu w Zbereżach 20 km od Włodawy, budowany jest most pontonowy i organizowane tymczasowe przejście pieszo-rowerowe do wsi Adamczuki po ukraińskiej stronie rzeki. Impreza ma na celu nie tylko wzajemną współpracę samorządów przygranicznych, ale także promocję budowy w tym miejscu stałego przejścia granicznego. Mam jednak wątpliwości czy to się uda…

Przejście graniczne w Zbereżach
Tymczasowe przejście graniczne na Bugu z okazji Dni Dobrosąsiedztwa.

Za Bugiem już Wołyń

Ale póki co, na Bugu powstaje co roku most pontonowy, więc wycieczka nad niedalekie jezioro Świtaź wydawała się bardzo dobrym pomysłem. Cała trasa to niespełna 55 km, w dodatku można zrobić kółeczko i wrócić do przejścia granicznego inną drogą. A po drodze podziwiać widoki ukraińskich wsi i miasteczek. Najpierw trzeba podjechać do wsi Zbereże, można zaparkować auto na łące specjalnie wydzielonej na parking. Bez obaw, zmieści się tam kilkadziesiąt aut! Potem można ruszać do odprawy paszportowej. Tylko nie zdziwcie się, żeby po drodze będziecie zaczepiani przez handlarzy. O tym trochę później. Szybka odprawa, zejście na most (uwaga, po polskiej stronie jest dość stromo), kontrola po stronie ukraińskiej i jesteśmy na Ukrainie. Co ciekawe, od strony polskiej można bez obaw stanąć nad samym brzegiem rzeki, od strony ukraińskiej, Bug jest odgrodzony szerokim na dwa metry pasem granicznym zabezpieczonym drutem kolczastym. Nie wiem, może ten pas jest zaminowany? W każdym razie, już po drugiej stronie granicy, na polance pod lasem urządzony jest jarmark, gdzie można zaopatrzyć się w ukraińskie dobra narodowe takie, jak np. whisky Black Jack lub Red Level, a także piwa, słodycze, chałwę (ah, te postradzieckie sentymenty). Można też złapać tutaj taksówkę (zabierze nawet z rowerami!) nad samo jezioro oddalone od wsi Adamczuki o 22 km. Trochę mnie to zdziwiło, bo po co mam ładować rower do taksówki? Zrozumiałem to parę kilometrów dalej.

Wołyń, droga nad jezioro
Wołyń, droga nad jezioro nie jest usłana różami, a raczej ostrymi kamieniami.

Wołyń polem, lasem i poboczem

Początek szlaku nie napawał optymizmem, ale od czego jest entuzjazm rowerzysty, który startuje w trasę. Szutrowa droga upstrzona tłuczniem wielkości pięści, to nie tylko szlak rowerowy, ale także pełnoprawna droga dla samochodów. Bynajmniej ich kierowcy nie przejmują się brakiem nawierzchni, prują w swoich zdezelowanych ładach niczym po autostradzie. Spod kół lecą kamienie, za autami pióropusze kurzu. Naprawdę, nie wybierajcie się na ten szlak bez dobrego kasku i chusty na twarz! I bez dobrego roweru, zwłaszcza z grubym bieżnikiem opon. Pierwsza wieś Hrabowe, skądinąd dość urokliwa, nie oznacza wcale, że kończą się przeboje (a raczej wyboje) drogowe. Z daleka widać już czarną wstążkę drogi prowadzącej wprost nad piękne jezioro, ale to tylko pozory. Z bliska okazuje się, że to nie asfalt, a droga wyłożona kamieniami i nie są to takie wyślizgane kocie łby jak w Polsce, ale ostro zakończone kamienie, na których łatwo o przebicie opony, a nawet uszkodzenie obręczy! No i nie pogonicie tą ścieżką szybciej niż 10 km na godzinę, a jedyny fragment drogi, po którym da się jako tako jechać, to pobocze. Za to pełne piachu, więc na wąskich oponach jazda jest tam prawdziwą męką. Ale już po 15 km tej katorgi dojeżdża się do asfaltu nad samo jezioro. Rower wtedy frunie, połyka się kilometry, a zmęczone mięśnie w końcu odpoczywają.

Wołyń, droga
Ja tu naparzam i co mi zrobicie rowerzyści?

Nad Świtaziem

Po tej ciężkiej przeprawie dostajemy w końcu nagrodę w postaci pięknego jeziora Świtaź (nie mylić z mickiewiczowskim jeziorem Świteź, które znajduje się na Białorusi). Krystalicznie czysta woda, znakomite warunki do pływania, nurkowania i wędkowania. Bogactwo ryb, a nawet raki! Czegoś takiego nie uświadczycie nad polskimi jeziorami. Kąpiel w czystych wodach jeziora znakomicie chłodzi mięśnie po pierwszym etapie jazdy. Warto też zjeść niedrogą, wędzoną rybę, którą można kupić na okolicznych straganach w rybackiej wiosce Świtaź. A wybór jest niesamowity, można spróbować chyba każdego ze słodkowodnych gatunków ryb: szczupaka, karasia, leszcza, suma, sandacza, okonia. Raj dla wielbicieli ryb! Największym zaskoczeniem była jednak dla mnie dostępność raków. Można sobie wyobrazić, jak zasobne w te skorupiaki były kiedyś polskie akweny. No ale tak czysta woda to idealne środowisko dla raków, a koszt takiego smakołyku nad jeziorem, to jedyne 1-2 zł za sztukę. Raki, ukraińskie piwo, zaciszne plaże, cudowna woda, idealne warunki do biwakowania i odpoczynku. Jezioro Świtaź leżące na terenie Szackiego Parku Narodowego, to także fajne miejsce na dłuższy urlop. Warto tam jednak pojechać po prostu autem, np. przez przejście graniczne w Dorohusku.

Żegnam Wołyń

Odpoczynek, kąpiel, raki i trzeba wracać. Początkowo droga prowadzi niedawno położonym asfaltem. Można nią dojechać do przejścia w Dorohusku położonego 60 km od miejscowości Świtaź. Nie jest to duża odległość na rower, ale pamiętajcie, że w Dorohusku nie można odprawić się z rowerem, chyba że ktoś zabierze nam go do auta lub autokaru. Pozostaje więc przebić się przez lasy i pola ponownie w kierunku wsi Adamczuki i tymczasowego przejścia granicznego na Bugu. I znowu ta przeprawa będzie mordęgą. Kolejne 15 km szutrowej drogi, co prawda trochę bardziej ubitej, ale za to przez jakiś ciężki sprzęt gąsienicowy (zapewne radziecki DT, znowu te sentymenty). Efekt tego ubijania jest taki, że rowerem jedzie się po tym jak po tartce. Znów pozostaje pobocze i piach, czasem zdarzają się niewielkie fragmenty asfaltu, co ciekawe nie przez wieś, ale w lesie, a dziury są w nim wielkości kraterów po bombach, więc jazda tą drogą to prawdziwy slalom. Kiedy mijam znak z nazwą Adamczuki i z oddali słyszę dobiegające z polanki z jarmarkiem dźwięki jakiegoś disco ukraino, ledwo już zipię i marzę tylko o zimnym piwku. Ale uważajcie na alkohol na Ukrainie, szczególnie jeśli jesteście kierowcami. Dopuszczalny poziom alkoholu w krwi kierowców w tym kraju to 0,0 promila. Nie ma więc co ryzykować, nawet jeśli poruszacie się tylko rowerem i tylko po drogach, które z drogami publicznymi nie mają nic wspólnego. Utrata prawa jazdy to klasyczny ukraiński problem.

Wołyń, stara chata
Takich chat, jeszcze krytych gontem, jest na zachodniej Ukrainie cała masa.

Europejskie aspiracje Ukrainy

Jadąc przez te wyboje przeklinałem w myślach ukraińską mentalność i nieróbstwo. No dobrze, może pracując w Polsce Ukraińcy są szanowani za umiejętność ciężkiej pracy, a częściej taniej. Zgoda, że pokojowo dokonali rewolucji, trochę podobnie jak my. Przyjmuję też do wiadomości, że to kraj, na terenie którego toczy się wojna i może więcej pięniędzy idzie na paliwo do czołgów niż na fanaberie rowerzysty, który narzeka na fatalny stan dróg. Ale to nie tylko te wątpliwości podpowiadają mi, że Ukrainie daleko do Europy. Z jednej strony sporo zobaczyłem: zaniedbane wsie, zdemolowane gospodarstwa, zarośnięte chaszczami domostwa, mnóstwo nieużytków. Byłem zaskoczony, bo przecież czarnoziemy Ukrainy sprawiały, że niegdyś był to spichlerz Europy. Teraz nie widziałem jednego ścierniska po zbożu (powinno już być po żniwach), jednej porządnie obsianej łąki, a jedynie krzaki, lasy i kilometry pól słoneczników. Z drugiej strony do Europy nie pasuje mi mentalność Ukraińców. Dni Dobrosąsiedztwa, które miały zbliżać samorządy i mieszkańców, być festiwalem kultury obu narodów, zamieniły się w dni handlu, a tłumy koczujących z alkoholem i papierosami w kurzu i pyle „mrówek” wyglądały dość żenująco. Nie tak sobie wyobrażałem tę imprezę, ale może dla nich to po prostu była to okazja do zarobku i kwestia przeżycia kolejnych miesięcy. Tak sobie to tłumaczę.

Dlatego z całą sympatią do tego walecznego narodu, z całą delikatnością na jaką mnie stać, muszę jednak uznać, że nie widzę Ukrainy w Unii Europejskiej. Po prostu tej nacji bliżej do Rosji, a lata rosyjskiej dominacji odcisnęły tak wielkie piętno na codzienności Ukrainy, że trudno sobie wyobrazić, aby udało się im odciąć te rosyjskie wpływy tak, jak udało się to Polsce, spójrzcie choćby na to zdjęcie poniżej. Przekraczasz granicę i od razu czujesz ducha homo sovieticusa. W wyglądzie wsi i miasteczek, w ubiorach i modzie, w taborze złożonym z radzieckich aut, w asortymencie na straganach. Podobne wrażenia miałem zresztą na Białorusi. No i przede wszystkiem, jeśli Ukraińcy chcą do Europy przez nowe przejście w Adamczukach, muszą zrobić drogi! W głowie mi się nie mieści, że tuż za zachodnią granicą Unii Europejskiej mogą być wsie bez asfaltowych dróg. Dlatego wyprawa rowerem na Wołyń w tym rejonie jest totalnym szaleństwem. Bardzo nie polecam!

Wołyń, pomnik ku czci czerwonoarmistów
Kolejny sentyment za Związkiem Radzieckim. Chwała sowieckim bojownikom poległym w walce za wolność i niezależność naszej rodziny. Symptomatyczne, prawda?

Galeria

0 46 100 1

Ukraina rowerem, czy warto

Ta wyprawa obejmowała tylko niewielki fragment Wołynia i jeśli tylko ten fragment brać pod uwagę, to odradzam wyprawę rowerem na Ukrainę zachodnią. Brak dobrych dla rowerzystów dróg mocno daje się we znaki. Jazda nie jest przyjemnością z podziwianiem widoków, a raczej walką z nawierzchnią, piachem, szutrem i własnymi słabościami. Nic przyjemnego, ale jezioro Świtaź można gorąco polecić jako znakomite miejsce na urlop czy choćby piknik.

46.666666666667%
Średnia ocena
  • Dojazd
    10%
  • Infrastruktura
    30%
  • Atrakcje
    40%
  • Przyroda
    50%
  • Atrakcyjność cen
    80%
  • Bezpieczeństwo
    70%