Szczęście w dżungli Rio

Żółta taksówka z lotniska Galeaõ pędzi drogą szybkiego ruchu. Jest świt. Za oknem szaro. Chmury wiszą niemalże nad głowami. O szyby rozbija się deszcz. Powietrze jest duszne i wilgotne. Pachnie ciężko i słodko. Za oknem od kwadransa wciąż ten sam widok: morze falistej blachy, kartonów i plastikowych beczek połączonych ze sobą plątaniną kabli, sznurów do bielizny i nie wiadomo czym tam jeszcze w coś na kształt domów. Fawele. Rozmyty deszczem i pędem nierzeczywisty, abstrakcyjny obraz. Jednak jak najbardziej realny.

Gigantyczna oranżeria

Rio to wielka dżungla. Betonowa dżungla centrum: industrialna, szara i przygnębiająca. Nieprzyjazna i zaniedbana. Czasy swojej świetności mająca dawno już za sobą. Zabudowana przytłaczającymi bloczyskami, pośród których przycupnęły nieliczne świadectwa kolonialnej przeszłości. Blaszana dżungla faweli. Gęsta i niebezpieczna. Pulsująca materia. Utkana z odpadów. Wcale nie na obrzeżach, zepchnięta na margines miasta. Wręcz przeciwnie, bezceremonialnie granicząca z najlepszymi dzielnicami. Czasami wystarczy zagalopować się o dwie ulice za daleko… Zachłannie wspinająca się na zbocza wzgórz. Rozrosła w górę i wszerz. W nocy rozświetlona tysiącem punkcików.

Wreszcie dżungla prawdziwa – naturalna, zielona, soczysta i fascynująca, która – gdyby jej pozwolić – w ciągu kilku chwil pochłonęłaby dwie pozostałe. To wszystko, co z takim trudem udało się jej wyrwać przez wieki. Krajobraz i przyroda w Rio są oszałamiające. Zielone góry wyrastające niczym grzyby, odbijają się w szmaragdowych lagunach, błękitne zatoki obmywają złociste plaże. Rosną tu drzewa cynamonowe i chlebowe, cedry, aloesy i eukaliptusy, bananowce, kawowce i kakaowce, grube bambusy, królewskie palmy, orchidee i cała masa innych cudownych i dziwnych roślin. Na drzewach, na kwiatach, w liściach i w trawie toczy się hałaśliwe, barwne i bogate w swej różnorodności życie. Zanurzone w ciężkim, gorącym i wilgotnym powietrzu. Przesyconym intensywnym zapachem tropików. Zapachem, który w Europie odtworzyć można jedynie w ocieplanych oranżeriach.

Roślina
Imponujące palmy królewskie, orchidee, chlebowce, aloesy, eukaliptusy, bambusy, bananowce, kakaowce, cedry. 6,5 tysiąca gatunków roślin w jednym miejscu. Jardim do Botânico.

W „gigantycznej oranżerii” zwanej Rio de Janeiro żyje prawie 12 milionów istnień ludzkich. W dolinach, na wzgórzach i wzdłuż plaż. W apartamentowcach otoczonych ogrodzeniami pod napięciem i strzeżonych przez ochroniarzy z karabinami w rękach – najbogatsi. W szeregowcach porastających wzgórza albo podupadłych kolonialnych domach w centrum – biedniejsi. W fawelach albo wprost na ulicy – ci, co nie mają prawie albo w ogóle nic.

Im wyżej, tym gorzej

Fawele są lepsze i gorsze, w niektórych podobno jest nawet całkiem bezpiecznie, ale do większości z nich nawet sami Cariocas, jak zwą się mieszkańcy Rio, nigdy się nie zapuszczają.

Fawele
Fawele. Żądni przygód mogą wybrać się na fawela safari – to jedna z turystycznych atrakcji – w opancerzonym wozie. Koszt dwugodzinnej przejażdżki to ok. 100 złotych. Nawet bieda ma swoją cenę…

W kwestii bezpieczeństwa Rio wciąż nie cieszy się dobrą sławą. Pytani o to brazylijscy znajomi jak jeden mąż zastrzegali, że miasto wcale nie jest tak niebezpieczne, jak się o tym mówi. Zwłaszcza w ostatnich latach, kiedy władze zabrały się za “porządki” w fawelach w związku z organizacją, najpierw Mistrzostw Świata w Piłce Nożnej, a potem Letniej Olimpiady. Pozostaje więc zachować zdrowy rozsądek i dać się “porwać” miastu. Zaraz potem radzili jednak, żeby nie żałować na taksówki, nie obnosić się z kosztownościami i broń Boże nie wypożyczać samochodu na własną rękę. Znamienne, że zaraz po ruszeniu absolutnie każdy kierowca zamyka centralnie zamki, a uzbrojone w ostrą broń policyjne patrole to tu norma. Co ciekawe, bezpieczniejsze i bogatsze dzielnice niemalże bezpośrednio graniczą z fawelami. Te pierwsze ciągną się wzdłuż plaż, te drugie obsiadły zielone wzgórza. Na „dole” mamy więc pięciogwiazdkowe hotele, drogie sklepy i modne restauracje. Na „górze”, a raczej na górę wdrapują się bieda domki faweli. We wzgórzach wydrążone są tunele, które łączą jedne lepsze dystrykty z drugimi.

Dzielnica
Dzielnica Copacabana, nad nią fawele. Ludzie mieszkają wszędzie, nawet w najbardziej dziwnych i pięknych albo wręcz przeciwnie: przerażających i okropnych miejscach na ziemi. W raju i w piekle. W Rio z piekła do raju jest wyjątkowo blisko.

Ale, co może dziwić, zwłaszcza nas – przybyszów z Europy, gdzie posiadanie stało się celem samym w sobie, a szczęście zdaje się coraz bardziej zależeć od zawartości portfela, nawet ci, co mają takie niewiele, nie wydają się wcale nieszczęśliwi. A gdy w dodatku nadchodzi karnawał…

Tropikalny bzik

Karnawał zaciera granice i nierówności, karnawał nie jest bogaty ani biedny, jest wspólny, dla każdego. Tutejszy karnawał to jazda bez trzymanki. Muzyczna petarda. Eksplozja radości. Wybuch witalności. Bachanalia zmysłów. Szaleństwo, obłęd, tropikalny bzik. To kicz i tandeta. Ból oczu, cierpienie uszu. Cekiny i pióra. Feeria kolorów. Łomot muzyki. Pół gołe tancerki. Falujące biusty, podskakujące pośladki. Wydumane scenografie. Szmirowate kostiumy. Estetyczna masakra. To brud i syf. Sterty śmieci walające się po ulicach. Usypiska butelek na plażach. Smród fekaliów. Wymiociny na chodnikach. Ale jakby na niego nie patrzeć, podziwiać, czy krytykować, karnawał to kwintesencja Rio, a może i całej Brazylii. Poza równie słynnym, co kiczowatym sambodromem, komercyjnym i turystycznym (najtańszy bilet wstępu 400 dolarów!) w mieście odbywają się setki najróżniejszych imprez. Na plażach, na ulicach i w klubach, w centrum i poza. Taniec, śpiew, gwar, śmiech. Wszędzie koncerty, parady, imprezy. 5 dni i nocy od rana do… rana – samba, samba, samba do Brasil…

Taniec
Taniec, zmysły, biologia. W Rio wszystko to łączy się w jedną spójną całość. Alice Pittaluga, „La Dance”, Jardim do Botânico.

Wypchany po brzegi autobus miejski zatrzymuje się na światłach dziwnie podskakując. W środku wszyscy tańczą. Lecą serpentyny, grają trąbki, walą bębny… Impreza na całego. Albo plaża: surferzy, babki w bikini, parasole, a wśród nich faceci jaskiniowcy. Ktoś ma na głowie pancernika, ktoś inny doczepił sobie motyle skrzydła. Supermen biegnie brzegiem, za nim w podskokach czarny łabędź, pirat z Karaibów pod rękę z kotem, gra muzyka…  Co jak co, ale energii, spontaniczności i kondycji to możemy Cariocas tylko pozazdrościć. Jest w nich taka radość i witalność, gdzie tam nam – poukładanym, chłodnym i nudnym Europejczykom do nich! Jest zabawa, jest lato, jest słońce, jest samba i już! I może to jest właśnie ich sposób na szczęście?

Galeria

 

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.