Korea, uboższa sąsiadka Japonii

Lubię porównywać kraje. Kiedy jadę gdzieś daleko, staram się chociaż na chwilę „zajrzeć” do sąsiada. Przekraczam granicę nawet na parę godzin, aby zobaczyć, jak zmienia się otoczenie, wygląd miast, kultura, kuchnia. Prawie zawsze widać jeden schemat: każdy kraj ma swojego uboższego lub bogatszego sąsiada. No może nie tyle jest to kwestia poziomu zamożności, co składowa wielu czynników, które powodują, że w danym kraju podoba mi się mniej lub bardziej niż w sąsiednim. Mniej podobało mi się w Panamie niż w Kostaryce, w Chile niż Argentynie, w Tajlandii niż w Malezji. Podobnie jeśli chodzi o Bośnię i Chorwację, Macedonię i Grecję. Tak pewnie jest, jeśli porównać Polskę i Niemcy, albo Ukrainę i Polskę. W jednym kraju czysto, porządek i ład na ulicach, gościnność, spójna tożsamość kulturowa, w drugim bałagan, brud, niechlujstwo, obojętność mieszkańców i zaciągnięte od sąsiada tradycje. Tak też się dzieje, gdy porównuję Koreę Południową i Japonię.

Zabawa w kotka i tygrysa

Koreański kotek, goni japońskiego tygrysa. Chociaż Japonia nie jest już taką potęgą gospodarczą, jak niegdyś, to z pewnością kraj ten jest wzorem dla wielu azjatyckich galopujących gospodarek. Korea z pewnością aspiruje do miana potęgi gospodarczej, ale w tych ambicjach dogonienia bogatej Japonii wcale mi się nie spodobała. Seul to naprawdę nowoczesna stolica, z olbrzymim lotniskiem, szerokimi alejami zapełnionymi sznurami samochodów, z wieżowcami, mostami i parkami, ale z ginącą gdzieś między tym wszystkim historyczną tradycją. W Seulu nie ma za wiele zabytków. Jest co prawda wpisany na listę UNESCO pałac Changdeokgung, oczywiście w odpowiedni sposób zadbany i udostępnionych dla zwiedzających (za sporą opłatą), jest też i XIV-wieczna świątynia Jongmyo.

Ulica w Seulu
Ulica w Seulu, tłok, samochody, szklane wieżowce.

Miałem jednak wrażenie, że wiele ciekawych, zabytkowych budynków przytłoczyło szkło i aluminum sąsiednich wieżowców. W Japonii zabytki traktowane są z większą estymą, są bardziej wyeksponowane, ich otoczenie mniej „zanieczyszczone” współczesnością, a przecież wiele japońskich miast to także kolosy z nowoczesnym budownictwem. Tam czuć jednak równowagę, w Seulu nowoczesność potrafi przytłoczyć, może dlatego, że Koreańczycy chlubią się swoją technologią. Fakt, dziś już nie Japonia jest synonimem elektronicznego boomu, ale właśnie Korea ze swoimi flagowymi gigantami LG i Samsungiem (pewnie wkrótce palmę pierwszeństwa przejmą Chiny z produktami firmy Xiaomi), a technologia jest w Seulu widoczna na każdym kroku. Do tego stopnia, że odniosłem wrażenie, jakby Koreańczycy czerpali z tego sukcesu nieopisaną wręcz dumę. Odwrotnie niż w Japonii. Tam zdawało mi się, że technologia ma służyć ludziom, wtapia się ona w codzienne życie, nie dominuje nad człowiekiem. W Seulu technologia przytłacza, wysuwa się na plan pierwszy, tak jak za sprawą centrum DDP, symbolu koreańskiego sukcesu.

Zaha i ledowe róże

Usytuowany w niewielkim, zabytkowym parku w centrum historycznej dzielnicy Seulu, nowoczesny, wręcz kosmiczny budynek Dong Daemun Design Plaza (w StreetView można zobaczyć jeszcze etap budowy), dominuje w okolicy, przyciągając jednocześnie tabuny turystów i mieszkańców Seulu. Muzeum designu, designerskie pracownie i sklepy, galerie, powierzchnie wystawiennicze i biura, a nawet kącik druku 3D, wszystko to mieści się na 86 tys. m kw. powierzchni tego postmodernistycznego giganta. Budynku, który w pewien sposób łączy dwa światy, kulturę Wschodu i Zachodu, a to za sprawą projektantów. Z jednej strony, koreańskiej pracowni Samoo, która zadbała o związek projektu z koreańską tradycją, m.in. motywami sztuki użytkowej i ogrodowej. Z drugiej strony, geniuszu Zahy Hadid, wykształconej w duchu architektury zachodniej, brytyjskiej dekonstruktywistki o irackich korzeniach. Dojrzały styl Zahy widać w krzywiznach imponujących wnętrz budynku, ale także i w dość surowej formie elewacji. Budynek znakomicie wpisano w zabytkową przestrzeń, obok nowoczesnej bryły DDP wyeksponowano historyczne walory parku, czyli wykopaliska z czasów średniowiecznej dynastii Joseon. Teren DDP stał się jednym z ulubionych miejsc spędzania czasu przez mieszkańców Seulu. Czynny całą dobę budynek przyciąga różnej maści twórców. Mniej zainteresowani designem, mogą podziwiać nocą kolejny cud koreańskiej myśli technicznej, ogród, w którym „rośnie” 25 tys. ledowych róż.

DDP w Seulu
Dong Daemun Design Plaza, designerskie centrum sztuk użytkowych w Seulu.

Budynek Dong Daemun Design Plaza to także wielka gratka dla inżynierów. To nie tylko jeden z najlepszych projektów zmarłej niedawno światowej sławy architektki Zahy Hadid, ale także pierwszy na świecie budynek stworzony przy użyciu w pełni cyfrowych narzędzi projektowania, określanych wspólnym mianem BIM (Building Information Modeling). W technologii tej przeprowadza się trójwymiarowe symulacje odzwierciedlając fizyczne właściwości materiałów, czy wpływ warunków atmosferycznych na przyszły budynek. Technologia ta jest czymś w rodzaju pomostu między wieloma specjalistami ujętymi w projekcie budowlanym. Dzięki takiemu modelowaniu, w projekcie można wprowadzać bardzo dynamiczne zmiany, uwzględniając wiele parametrów oraz wiele uwarunkowań, m.in. otoczenie, krajobraz, materiały itd. Modelowanie to pomogło także w wykonaniu powyginanej elewacji pokrytej 45 tys. aluminiowych paneli, z których każdy był personalizowany ze względu na różne kształty, długości, perforacje itp.

Jedzenie w cieniu wieżowca

W Seulu ciągle bardziej niż np. w Tokio widoczna jest kuchnia uliczna. W Japonii je się przede wszystkim w restauracjach. W Korei można próbować jedzenia pod gołym niebem, ale żeby spróbować kuchni koreańskiej trzeba znaleźć wciśnięty gdzieś w nowoczesną zabudowę tradycyjny rynek z jedzeniem. Na szczęście jest ich jeszcze trochę w Seulu, a rozkręcają się po zmroku, np. market Gwangjang czy Dongaemun znajdujące się niedaleko charakterystycznego kanału w centrum miasta. Tyle, że kuchnia koreańska nie przypadła mi do gustu, a mawia się, że koreańskie kimchi ma tyle samo zwolenników co przeciwników. Po podanej na gorąco pikantnej kapuście z wielkimi kawałami tłustego boczku i w całości ugotowanym jajem, chyba należę do tych drugich. Jakże daleko tej ordynarnej potrawie do wysublimowanych smaków kuchni japońskiej! Do tego na koreańskiej ulicy rządzi chaos i brud. Owszem, co kilka metrów znajdziemy budkę z jedzeniem czy stoisko z warzywami, ale taki typ uprawiania kulinarnego biznesu ma wszelkie znamiona tej najbardziej niechlujnej części Azji. Rzecz jasna wielbiam jedzenie uliczne w Tajlandii czy Wietnamie i nie przeszkadza mi, że w pobliskim śmietniku stołują się także szczury, jednak po wrażeniach ze sterylnej Japonii, podobnego stylu spodziewałem się w Korei. Tymczasem Korei bliżej właśnie do Azji Południowo-wschodniej. Jeśli ktoś widział przemysłowe ulice w wietnamskim Danang, wie o czym mówię. Wieczorem budki i stoiska z jedzeniem, za dnia tematyczne sklepiki (przeważnie z tanimi produktami z Chin), a nad tym wszystkim plątanina kabli. Ulice azjatyckich miast mogłyby się nazywać np. Optyczna, Garkuchenna, Sejfowa, Dywanowa, Lampowa itd. Ba, może one właśnie tak się nazywają! Jak u nas niegdyś Garbarska, Szewska, Kowalska.

Stragan uliczny
Uliczne stragany, uliczne jedzenie, sporo jest takich miejsc w Seulu, gdzie można kupić np. opuncję i aloes do zrobienia sałatki.

Najbardziej pierwotne, tradycyjne dania kuchni koreańskiej można spróbować w… Kazachstanie i Uzbekistanie! Wszystko za sprawą dekretu 1428-326сс podpisanego przez Stalina i Mołotowa 21 sierpnia 1937 roku, gdy prawie całą populację (ponad 170 tys.) sowieckich, rdzennych Koreańczyków zwanych Koryo Saram przesiedlono z rosyjskiego dalekiego wschodu na bezludne obszary ówczesnych republik w Kazachstanie i Uzbekistanie. Oficjalnym powodem była chęć uniknięcia szpiegostwa ze strony Koreańczyków, którzy wcześniej byli gośćmi Cesarstwa Japonii, a z którym ZSRR miał wrogie stosunki. Trzeba dodać, że Koreańczycy osiedlali się na terenach Rosji już w XIX wieku (wtedy Korea nie była podzielona i graniczyła z rosyjskim imperium). Przygraniczni Koreańczycy przenikali przez granicę w poszukiwaniu lepszego bytu i uciekając przed okupacją japońską. Np. na początku XX wieku Koreańczycy stanowili aż 25 proc. mieszkańców Władywostoku. Do dziś w diasporze koreańskiej pielęgnowana jest kultura i tradycje z rodzimego kraju, w tym tradycje kulinarne.

Sklepy w Seulu
Ulica w Seulu, kramiki, stoiska, stragany, ogólny chaos, który ma jednak swój koloryt.

Seulska ulica to gwar, hałas i rozgardiasz. W przeciwieństwie do ulicy w Tokio, gdzie uderzyła mnie… cisza! Elektryczne samochody i japońska kultura, ceniąca spokój, biją na głowę koreański pęd. Tam wydzielone, przeszklone budki dla palaczy, tu można palić gdzie się chce, a pety rzucać pod nogi. W Tokio bezpieczeństwo i sympatia mieszkańców, w Seulu złowieszcze spojrzenia spode łba kręcących się po mieście typków. Słowem, w tym koreańskim stylu jest coś chaotycznego i niepokojącego. Kapitalnym podsumowaniem Korei wydaje mi się teledysk do najsłynniejszego koreańskiego przeboju „Gangman Style”. Wiele rzeczy w Seulu pasuje mi jak przysłowiowy kwiatek do kożucha, tak jak dzielnica luksusu Gangman ze sklepami Prady czy Gucciego i tandetne sklepiki z różowymi maskotkami Hello Kitty.

Męczący spacer po Seulu zakończyłem na trawie za rzeką, w dzielnicy Yeoeuido-dong, ale z dala od tej modnej i przyciągającej turystów Gangman-gu. Mijając Yongsan, olbrzymi market z każdym cudem elektroniki, jaki można sobie wyobrazić (też w głównej mierze z Chin), przechodzi się po prawie półtorakilometrowym moście Wonhyo na rzece Han i dociera do rekreacyjnych terenów nad rzeką uwielbianych przez mieszkańców miasta. Yeouido Park był jednym z nielicznych spokojnych miejsc w tym 10-milionowym molochu, jakie udało mi się znaleźć. Tu można pobiegać, pojeździć rowerem po licznych ścieżkach rowerowych, wypożyczyć łódkę, rozwiesić hamak między drzewami, albo po prostu poleżeć na trawie. Stąd, z oddali można się przyjrzeć potędze Seulu i doskonale odpocząć od wszechobecnego koreańskiego sukcesu gospodarczego.

Nad rzeką
Zielone tereny na nabrzeżu rzeki Han. Tutaj można wypocząć z dala od zgiełku miasta. Nad rzeką góruje 63-piętrowa Złota Wieża.

Galeria

0 23 100 1

Korea czy warto?

Do Korei poleciałem przy okazji pobytu w Japonii. Uznałem, że przelot za 130 dolarów, to nie dużo, by zobaczyć sąsiadkę Japonii. Muszę jednak przyznać, że Seul mnie nie zachwycił. Może warto byłoby ruszyć gdzieś poza metropolię i liznąć trochę Korei pozamiejskiej. Niestety, tym razem nie było na to czasu. Cieszę się jednak z tej krótkiej wyprawy do Korei, było tak blisko, a z pewnością poważnie się zastanowię, czy zechcę lecieć z Europy tylko do Korei. Nowe połączenie LOT-u zachęca, ale póki co, bardziej chyba fascynuje mnie niedostępna Korea Północna. Zobaczcie, jak oceniam Koreę Południową po wizycie w Seulu.

23.571428571429%
Średnia ocena
  • Ludzie
    10%
  • Jedzenie
    15%
  • Zabytki
    40%
  • Czystość
    10%
  • Bezpieczeństwo
    30%
  • Transport
    50%
  • Ceny
    10%