Przybyłem, zobaczyłem, wypiłem, nie zjadłem

Zasłyszane: 
- Byłem ostatnio z żoną w Paryżu… 
- Drogo? 
- Tanio nie jest, ale da się przeżyć.
 – Weszliście na wieżę Eiffla? 
- No jasne! 
- A gdzie spaliście? 
- Znaleźliśmy taki niedrogi hotel przy metrze. 
- A jedzenie?
 – Z tym to akurat żaden problem. Wszędzie są McDonald’sy
 i KFC, na obiad można zjeść kebab, wieczorem zrobić sobie kanapkę
 w pokoju, a wino tanio kupić w supermarkecie. Ale ty wiesz ile kosztuje wjazd na wieżę Eiffla?!

My, Polacy jesteśmy ruchliwym narodem. Lubimy jeździć. Świat nas pociąga. A pociąg nam nie straszny. Żadna odległość nie jest dla nas przeszkodą. Ani upał, ani mróz. Jeśli gdzieś chcemy być, to tam będziemy, choćby nie wiadomo co. Choćbyśmy mieli stanąć na głowie albo i na krawędzi bankructwa. To nam jednak nie grozi, bo my jesteśmy mistrzami w organizacji taniowyjazdowej. Wyszukiwaniu niedrogich lotów i kwater. Polowaniu na promocyjne oferty. Bookowaniu biletów za złotówkę. Jesteśmy zaradni i oszczędni, a już na pewno nie rozrzutni. I to nasz znak rozpoznawczy. Nie lubimy wydawać więcej, niż to absolutnie konieczne.

Konieczność

Konieczny jest dojazd. Tu nie ma zmiłuj. Trzeba zapłacić. Mniej lub więcej. Lepiej, żeby mniej. Bilet bez wskazania miejsca siedzącego – nie stanowi problemu. Od czego są łokcie.
 Konieczny jest nocleg. Ze spaniem też za bardzo nie grymasimy. W końcu chodzi tylko o to, żeby było gdzie głowę położyć i nogi umyć. W ostateczności zda się i parkowa ławka, i miejska fontanna. Luksusów nie potrzebujemy. 
Konieczne jest zwiedzanie. Ale bez przesady i z umiarem. A już na pewno nie za wszelką cenę. Oczywiście najbardziej lubimy miejsca, gdzie da się wejść za friko. Bez problemu dopasujemy też swój plan do darmowego dnia zwiedzania, wstaniemy o szóstej, żeby skorzystać z gratisowej pierwszej godziny wejścia, albo w mig znajdziemy kompanów do tańszego biletu grupowego. Czasami, chociaż bliżej nam już do emerytury, dla zdobycia zniżki podamy się za studentów.
 Konieczne jest picie. Z lekcji biologii wciąż kołacze nam w głowach: człowiek bez wody nie przeżyje więcej niż kilka dni, a tym bardziej człowiek w podróży. Zwłaszcza jeśli to podróż dłuższa niż weekendowa. Na wszelki wypadek do Norwegii lecimy więc z dwoma litrami mineralki w walizce, bo ktoś nam powiedział, że na miejscu wydamy na nią majątek. Ale przecież nie chodzi tylko o wodę.

Wino
Być we Florencji i nie spróbować chianti? W Atenach nie zamówić ouzo? A w Madrycie nie zahaczyć o lokalną cerveceríę?

Co innego jedzenie. Jedzenie nie jest konieczne. A już w szczególności jedzenie lokalne. Te wszystkie dziwne gluty jakieś, żabie udka, gęsie wątróbki, langusty i leguminy, paelle i tortille. Skorupiaki, gumiaste mule, morskie robale, śliskie i czułkowate. Fuj! Dania, które brzmią śmiesznie, wyglądają jakoś podejrzanie, na bank dziwacznie smakują i co gorsza, mogą pogonić do toalety. Nawet nie wiadomo jak je jeść! Za to kosztują fortunę. Naprawdę można się bez nich obyć. Po pierwsze nic nie stoi na przeszkodzie, żeby zabrać wałówkę z kraju, po drugie – nawet w najbardziej odległych zakątkach znajdzie się coś znajomego. Coś spod znaku McDonald’s albo KFC, w ostateczności sprawdzony Pan Kebab.

Muszle.
Muszle… Czy to się w ogóle da jeść?

Tyrolska w podróży

Kiedyś „podróżniczym” hitem była konserwa tyrolska. Jeździła w bagażnikach fiatów 126p nad Balaton i do Złotych Piasków. A kiedy upadła żelazna kurtyna w lukach autokarów zwiedzała Włochy w 10 dni i leciała w swój pierwszy dziewiczy rejs za ocean. Była praktyczna i treściwa. Można było obłożyć nią chleb, nagotować na niej zupy, a nawet przerobić na „tyrolski” sos. Nie psuła się w upale, a tym bardziej w mrozie. Czasy się zmieniły, ale nie nasza zapobiegliwość. Wszak przezorny zawsze ubezpieczony. A my w podróży jesteśmy bardzo przezorni, choć rzadko kiedy ubezpieczeni. Na wszelki wypadek pakujemy więc do walizek ryżowe wafle, chrupkie pieczywa, batony musli, gorzką czekoladę, suszone kabanosy, a może i truskawkowy dżem od babci. Upychamy po kieszeniach kanapki z żółtym serem i jabłka. Gastronomiczny zestaw ratunkowy. Ekonomiczny i swojski, który – podobnie jak niegdyś mielonka – sprawdzi się w każdej szerokości geograficznej i o każdej porze roku. Tak zaopatrzeni, wiemy już, że przetrwamy, choćby na obcej ziemi nasz wrażliwy żołądek nie tolerował lokalnych specjałów, a portfel świecił pustkami.

Jabłka.
Polskie jabłka. Dobre, bo swojskie.

Kebab na Champs-Élysées

Ale nawet jeśli nasza walizka jest zbyt mała, żeby pomieścić prowiant z kraju albo, co gorsza, zbyt ciężka, przez co ta wstrętna obsługa tanich linii zmusi nas do wyrzucenia naszej wałówki, nie oszczędziwszy nawet kabanosów, a co gorsza dżemu, nie musimy się martwić. W Paryżu, czy w Buenos Aires można bez problemu zamówić hamburgera, zapchać się kebabem, albo od biedy wciągnąć hot doga. Niskobudżetowo i znajomo.

Sprawdzone, smaczne i w dodatku tanie dania z różnych krajów:
1. Argentyna, empanada – mały pierożek z ciasta drożdżowego, francuskiego albo chlebowego, z nadzieniem warzywnym lub mięsnym, podawany na ciepło z wózka na ulicy, a częściej w specjalnych lokalach serwujących tylko empanadas. Do zjedzenia na stojąco na stojąco przy wysokich stolikach.
2. Belgia, frytki belgijskie – proste i tanie danie z ziemniaków. Smażone w głębokim tłuszczu, podłużne kawałki ziemniaków, podawane z sosem majonezowym lub keczupem. Ostatnio modne również nad Wisłą.
3. Chile – ceviche – marynowana w soku z limonki ryba lub owoce morza, potrawa popularna w niektórych krajach Ameryki Południowej. Jest to Najlepsze ceviche serwują na targu rybnym przy porcie w Panama City, najgorsze w Chile, gdzie jest to kwaśna breja z rozdrobnionych kawałków ryb.
4. Grecja – sałatka grecka – idealne danie dla wegetarian, bomba witaminowa ze świeżych warzyw, sera feta i najlepszej oliwy z oliwek. Nie tylko tanie i smaczne, również zdrowe. A to tylko jedno z wielu dań wspaniałej kuchni greckiej!
5. Gruzja –  chinkali – pierożki nadziewane mięsem w rosołku. Bardzo smaczne i pożywne. Uwaga na gorący rosół w środku! Narodowy specjał gruziński obok chaczapuri, wielkiego kawałka ciasta ze słonym serem, roztopionym masłem i jajkiem.
6. Japonia – sushi – danie legenda, jedzone już na całym świecie. Zawijany w liście morskich wodorostów ryż z kawałkami ryb lub owoców morza, podawany z ostrą pastą chrzanową wasabi i marynowanym imbirem. Na świecie drogi rarytas, w Japonii jedna z najtańszych przekąsek do kupienia w każdym spożywczaku za rogiem.
7. Izrael – hummus – utarta ciecierzyca lub bób, zmieszany z czosnkiem, przyprawami i ziołami. Służy głównie do smarowania chleba pita. W Tel Awiwie jest mnóstwo małych restauracyjek serwujących ten przysmak w bardzo przystępnych cenach.
8. Korea – kimchi – kiszona kapusta, przeważnie pekińska, z ostrą papryką podawana na zimno, a czasem też na ciepło, jako przystawka do innych dań lub jako danie samodzielne.

Pozostając przy Paryżu. Zwiedziwszy Luwr, z trudem dopychając się do Mona Lisy, w końcu po to tu przyszliśmy, w drodze powrotnej z Montmartre wykonawszy obowiązkową fotkę na tle wiatraka Moulin Rouge i wypiwszy bojole nouveaux, w ilościach sporo za dużych, powracamy do kraju w przeświadczeniu „zdobycia” miasta. Czujemy, że stolica Francji już prawie nie ma przed nami tajemnic, wreszcie nie mylimy Moneta z Manetem, umiemy mówić pięknie „bonjour” i „merci”, a nawet gwizdać jak mały gawrosz. Wracamy zadowoleni i dumni, wszak tyle zobaczyliśmy, w dodatku za tak niewiele. Wracamy nie wiedząc jednak… jak naprawdę smakuje Paryż.

Smak podróży

Widok, zapach, dźwięk, smak. Oddzielnie i wszystkie razem. Na równi tworzą wrażenie. Miejsca, miasta, kraju. Bez wycieczki do krainy smaku podróż jest dla nas niekompletna. Byliśmy, ale nie widzieliśmy, widzieliśmy, ale nie spróbowaliśmy. To dlatego gdziekolwiek jesteśmy – jemy, próbujemy, chrupiemy, podjadamy, pochłaniamy i pożeramy, a nierzadko nawet oblizujemy palce. Zostawcie więc w domu nieszczęsne kabanosy, omijajcie sieciowe fast foody. Zaufajcie swoim zmysłom. I próbujcie, degustujcie, smakujcie… Odwagi! Polecamy!

Paryż. Bagietka z konfiturą

Śniadanie najprostsze z możliwych. Miejsce: boulangerie niedaleko Les Invalides – piekarnia, na siedząco lub stojąco przy blacie, z widokiem na ulicę. W roli głównej: bagietka. Mąka, drożdże, sól i woda. Niby nic nadzwyczajnego, ale nie nad Sekwaną! Bagietka paryska to mistrzyni świata. Klasa sama w sobie. Chrupiąca i rumiana z wierzchu, miękka i puszysta w środku. Zawsze świeża i ciepła, cudownie pachnąca. Do niej kawa. Mocna i aromatyczna. I jeszcze konfitury. Z truskawek, moreli, skórek pomarańczy. Prosto i pysznie. Zapomnijcie więc na chwilę o glutenie i kaloriach, i cieszcie się chwilą. To najlepszy sposób na rozpoczęcie dnia. Piekarnie znajdziecie na każdym rogu. Traficie na pewno, podążając za zapachem.

Paryż. Kawiarnia w La Marais.
Paryż. Kawiarnia w La Marais.

Madryt. Pulpo a la Gallega

Niech was nie zmyli nazwa. Pulpo nie ma nic wspólnego z pulpą – rozgniecionymi owocami czy brejowatym szpinakiem. To ośmiornica. Ale jaka! Świeżuteńka, miękka, soczysta i delikatna. Ugotowana, ale ani trochę gumowata, ani tym bardziej pulpowata. Podawana zawsze na okrągłych drewnianych deskach, w towarzystwie plastrów gotowanych ziemniaków. Polana wyśmienitą oliwą z oliwek, oprószona słodką papryką i kryształkami soli. I już! Nic więcej. Za to efekt… Palce lizać! Przepis pochodzi z północy, z Galicji (a la gallega – oznacza „po galicyjsku”), ale rozpowszechnił się w całej Hiszpanii. Najlepsze ośmiornice podają w lokalnych, tradycyjnych barach tapas lub marisqueríach – miejscach specjalizujących się w owocach morza, jak Bar-Marisquería Alonso w madryckiej dzielnicy La Prosperidad, prowadzony od prawie 60 lat przez jedną rodzinę. Takie lokale wyglądają niepozornie, czasami wręcz tandetnie, a z pewnością oldschoolowo. Czas się w nich jakby zatrzymał, ale za to – miejcie pewność – jedzenie będzie pierwsza klasa!

Hiszpania. Tradycyjny bar.
Hiszpania. Tradycyjny bar.

Rio de Janeiro. Água de coco

Buda. Nazwijmy rzecz po imieniu. Przy budzie kilka plastikowych stolików z krzesłami. Przez dziury w płótnie przybrudzonych parasoli pali brazylijskie słońce. Na kartce przypiętej pinezkami do ściany koślawy napis: água de coco. Woda kokosowa. Prosto ze schłodzonych kosów, które jednak w niczym nie przypominają ciemnych, „owłosionych” orzechów, jakie można kupić w naszych sklepach. Te są duże i zielone, choć na oko równie twarde. Zamawiamy! Krępy Latino w przepoconej koszuli wybiera owoc, opukuje, waży w rękach, podrzuca niczym piłkę, wreszcie kładzie na desce, po czym wyciąga wielką maczetę i… rach, ciach! Wycina dziurę w wierzchołku. Teraz jeszcze tylko słomka i gotowe! Pierwszy łyk – chłodny, bardzo lekko wyczuwalny słodko-słony posmak, bez rewelacji, jednak z każdym kolejnym pociągnięciem smakuje coraz lepiej i lepiej, aż w końcu… Zapominacie, że plastikowe krzesło wbija wam się w plecy, rozgrzane wilgotne powietrze oblepia ciało, a słońce niemiłosiernie praży. Jesteście już tylko wy, wasz kokos i Copacabana. Żyć, nie umierać!

Rio de Janeiro Copacabana. Woda kokosowa.
Rio de Janeiro Copacabana. Woda kokosowa.

Norwegia. Kanapka ze śledziem

Bergen. Zimno, wilgotno, mży. Pogoda daleka od ideału. Rybny targ na nabrzeżu. Sprzedawcy w sztormiakach i grubych gumowych fartuchach. Za plecami wzburzone morze. Ciężkie chmury wiszą na horyzoncie. Krzyk rybitw. Miarowe uderzenia fal. Zimna ryba to ostatnia rzecz jaką człowiek ma ochotę zjeść w taki dzień i w takich okolicznościach. A jednak koniecznie dajcie się namówić! W ofercie: płaty, filety, tuszki, dzwonki, koreczki, pasty. Ryby świeże, wędzone i suszone. Skorupiaki. Co na kanapkę? Śliski śledź, czerwone kulki kawioru, a może wędzony łosoś? Ręce marzną, włosy mokną, z nosa leci wprost na śledzia. A mimo to, będzie to najpyszniejszy śledź jaki jedliście. Nawet, jeśli nigdy wcześniej nie tknęliście śledzia palcem. Zimno, wilgotno, pochmurno, mży. Za plecami wzburzone morze…

Ryby
Norwegia. Świeże ryby.

Lizbona. Świńskie uszy

Zwykła stołówka dla pracowników i zwiedzających w Muzeum Gulbenkiana. Kolejka oczekujących z tacami wzdłuż podgrzewanych pojemników z daniami do wyboru. Niektóre rozpoznawalne, inne kompletnie nie do identyfikacji. Kto by przypuszczał, że ta zielonkawa paćka to mus awokado, swoją drogą przepyszny. A to co? Pani wydająca posiłki, jest wyłącznie portugalskojęzyczna, w przeciwieństwie do nas. Nie mamy pojęcia z czego jest gęsty sos, który sobie upatrzyliśmy i co w nim pływa. Nagle kobieta chwyta się za uszy i zaczyna kwiczeć. Uszy? Świnia? Świńskie uszy! Flaki, ozory, ogony, nerki, krew. Wydawać by się mogło, że nic nie jest w stanie pobić naszej rodzimej kuchni w wykorzystaniu świńskich części do spożycia. A jednak. W Portugalii nie marnują się również raciczki, ryje i uszy. Te ostatnie, suszone, pocięte na kawałki, można chrupać niczym chipsy. Świetnie nadają się też jako gryzaki dla psów. Dla zainteresowanych, w Polsce do dostania w sklepach z psią karmą. Niewykluczone, że sprawdziłyby się też u ząbkujących niemowląt. Dla miłośników mocniejszych wrażeń – uszy gotowane. Skrzyżowanie kawałka gumy z podeszwą buta. Czasochłonne w przygotowaniu i konsumpcji. Nigdy więcej!

Bar
Portugalia. Tradycyjny bar.

Kolejna porcja pysznych i tanich dań z różnych stron świata:
9. Łotwa – wędzona ryba – ogromny wybór, bardzo niskie ceny, znakomity smak. Do tego kwas chlebowy i świeża bułka, i głód nam nie groźny. Dla chętnych, można zagryźć kiełbasą z renifera.
10. Macedonia – burek – znakomita, tania i pożywna przekąska, lekkie ciasto francuskie zapieczone z mięsem, serem, szpinakiem, do kupienia na każdym kroku w małych lokalach specjalizujących się wyłącznie w tej potrawie.
11. Malezja – nasi lemak – ryż, jajko na twardo i suszone rybki zawinięte w liść bananowca. Spożywane głownie na śniadanie, ale taką przekąskę można dostać tanio na ulicznych straganach przez cały dzień.
12. Rumunia – ciorba – zupa o dość kwaskowatym smaku, w rozmaitych wariantach i z różnymi dodatkami. Dobra, ciepła, niedroga i do kupienia prawie w każdej, najmniejszej nawet, restauracji.
13. Serbia – pljeskavica – bardzo kaloryczne, pożywne mięso, a raczej kotlet z siekanego mięsa, będący przeważnie częścią pełnoprawnego posiłku, podawany z frytkami, ziemniakami, smażony albo grillowany, z wieprzowiny lub wołowiny. Często sprzedawany na ulicy, podobnie jak hamburger, w bułce z dodatkami.
14. Sycylia – aranchini – czyli pomarańczko. Ale to nie owoc, a pomarańczowego koloru kulka ryżowa z nadzieniem mięsnym, smażona na głębokim tłuszczu. Bardzo pożywna i tania przekąska, jedno z typowych dań sycylijskich, sprzedawana przeważnie na ulicy. Zdecydowanie lepsza od bułki ze śledzioną.
15. Tajlandia – pad thai – smażony makaron ryżowy z mięsem, owocami morza i jajkiem, często z orzechową posypką. Danie rozpowszechnione na ulicach Tajlandii stało się jej kulinarnym symbolem, ale w rzeczywistości pochodzi z Chin. Tanie i sycące.
16. Wietnam – pho bo – tanio, dużo, ciepło i pożywnie. Klasyka wietnamskiej kuchni sprzedawana z garów na ulicy. Wywar przypominający rosół, z kawałkami cienko pokrojonej wołowiny, makaronem ryżowym i jajkiem. Posypany świeżymi liśćmi kolendry postawi na nogi każdego turystę.

Galeria

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.