Tydzień w raju, czyli nuda w Palau

Ponoć inteligentni ludzie nigdy się nie nudzą. Szczerze im w takim razie zazdroszczę, bo podczas pobytu w Republice Palau trochę się wynudziłem. A miało być zupełnie inaczej, w końcu nie co dzień mamy okazję pobyć tydzień w prawdziwym raju. Raj jednak okazał się bardzo prowincjonalny, a do tego dość drogi. Zanim więc rzucicie się na kolejne tanie bilety w niepoznane strony świata, poświęćcie wcześniej kilka chwil na sieciowy rekonesans na temat danego kraju. Może to ułatwi podjąć decyzję, niekoniecznie tę o zakupie biletu. A to z kolei może oszczędzić zawodów. Ja swoim rajem nieco się rozczarowałem, bo informacji o odległym i egzotycznym Palau w polskojęzycznym internecie jest naprawdę bardzo niewiele.

Daleko za Morzem Koralowym
Możemy płynąć z Bisau do Palau w cieniu Avalonu
Możemy plażować daleko za Morzem Żółtym
Możemy płynąć, możemy płynąć
Płyń daleko, płyń daleko, płyń daleko*

Tanio na koniec świata

To był prawdziwy hit forów podróżniczych na początku 2016 roku. Oto hongkońska wersja Expedii popełniła błąd przy przeliczaniu walut i przelot z Amsterdamu do odległej, pacyficznej Mikronezji zamiast kosztować 2 tys. dolarów amerykańskich, pojawił się w cenie 2 tys. dolarów hongkońskich, czyli tysiąca, a nie 8 tys. zł. Nawet jeśli kierunek miał okazać się rozczarowaniem, nie było na co czekać, szczególnie, że tajwańskie linie China Airlines potwierdzały zamówione bilety. I tak oto, chwilę po zakupie, w mojej skrzynce mailowej wylądował bilet elektroniczny na koniec świata w rewelacyjnej cenie. A potem ta cena rosła i rosła… Zaraz po sprawdzeniu szczegółów na temat Palau okazało się, że za wylot z tego wyspiarskiego państewka należy uiścić sowitą opłatę 50 dolarów. Ale kto przed zakupem biletów w okazyjnych cenach sprawdza warunki opuszczenia kraju, do którego nawet jeszcze nie dotarł? Kolejna niespodzianka czekała już na lotnisku w Amsterdamie. Linie lotnicze nie akceptowały odwrotnie wpisanego imienia i nazwiska podróżnego na biletach, a za zmianę kazały sobie płacić 50 euro. Był to oczywisty błąd pośrednika, ale w perspektywie zobaczenia Mikronezji, nikt by się nie przejmował dopłatą 200 zł do biletu za złotych tysiąc.

Palau to republika położona na kilku wyspach na Pacyfiku, niedaleko Guam, 800 km na wschód od Filipin i 800 km na północ od równika. Składa się z grupy sześciu głównych wysp. Kraj ma około 200 km długości, a zamieszkuje go 21 tys. mieszkańców, z czego 6 tys. to obcokrajowcy (głównie Amerykanie i Japończycy). Od 1980 roku, czyli od momentu ogłoszenia konstytucji, państwo jest republiką, a demokracja w Palau jest wzorowana na amerykańskiej, jak wiele innych rzeczy, bo Palau jest stowarzyszone z USA. Językiem urzędowym jest angielski, a rdzenni mieszkańcy porozumiewają się w swoim języku palau. Klimat na wyspach jest równikowy wilgotny, cały rok temperatura oscyluje w okolicy 27-30 stopni. Stwarza to świetne warunki do wzrostu tropikalnych lasów, które pokrywają 75 proc. powierzchni Palau, ale zostały mocno przetrzebione na plantacje ananasów za czasów gospodarki prowadzonej przez Japonię. Woda przy brzegach wysp ma około 26 stopni ciepła, co sprzyja bogactwu życia podwodnego. Dzień trwa tyle samo, co noc, a słońce zachodzi dość wcześnie, bo o godzinie 18.

Reszta niespodzianek cenowych czekała na miejscu. Kraj okazał się bowiem niebotycznie drogim miejscem wakacyjnym. Wystarczy powiedzieć, że najtańsze noclegi w hostelach, to wydatki rzędu 30-40 dolarów za łóżko, wypożyczenie kajaka, kolejne 45 dolarów dziennie, samochodu 60 dolarów. Wstęp do mizernych muzeów aż 10 dolarów, dość podstawowy posiłek w którejś z tajskich, wietnamskich, indyjskich czy lokalnych restauracji, podobnie. A najgorsze były urządowe opłaty „manipulacyjne”. Za każdą najmniejszą aktywność turystyczną na wyspach, rząd Palau karze sobie płacić. A łupi przy tym turystów niemiłosiernie. Postawienie stopy na lądzie danej wyspy – 15 dolarów, w zależności od prawa stanu, w którym akurat chcemy swoją stopę postawić. Możliwość łowienia ryb – 20 dolarów. Możliwość nurkowania w okolicach wyspy Peleliu – 30 dolarów. Przepustka do wpisanego na listę światowego dziedzictwa UNESCO kompleksu powulkanicznych wysepek Rock Island, aż 100 dolarów za 10 dni! Co za szczęście, że meduzy pozbawione parzydełek, zamieszkujące słynne, słonowodne jeziorko Jellyfish Lake, nieco ostatnio się przerzedziły, bo dzięki temu cenę przepustki można było obniżyć o połowę, jako że władze Palau nie zachęcały tym razem do odwiedzin jeziora. A najciekawsza z opłat, to ta za opuszczenie raju, w tym 20 dolarów podatku wylotowego i 30 dolarów opłaty na ochronę środowiska, które przecież turyści masowo dewastują niczym wandale najeżdżający kraje do podbicia. Przy tych wszystkich płatnościach, niewinne 15 dolarów za państwowy prom w jedną stronę na wyspę Peleliu, to prawdziwa okazja.

Palau, Koror, bridge, bay – Spherical Image – RICOH THETA

Co w zamian

Rząd Palau każe sobie bardzo drogo płacić za deptanie raf i śmiecenie przez turystów, chociaż odniosłem wrażenie, że sam zdaje się nie robić zbyt wiele, aby chronić swoje bogactwo przyrodnicze. Co prawda stawiany jest w tamtym regionie jako wzór w dbaniu o środowisko, ale wydaje mi się, że misja Palau Conservation Society, której celem jest uświadomienie społeczeństwa na tematy ochrony środowiska, nie do końca odnosi skutek. Dla obserwatora z zewnątrz sprawa wygląda inaczej, zdaje się, że w zakresie ochrony przyrody rząd Palau działa wręcz przeciwnie, chce wyeksploatować swoją przyrodę jak złoże naturalne i przy okazji zarobić na tym najwięcej jak się da. Nie zauważyłem, aby na wyspach republiki obowiązywały jakieś proekologiczne standardy. Jedynym środkiem lokomocji wyspiarzy jest samochód. Najlepiej duży, w stylu amerykańskim i z silnikiem Diesla. Zakupy w sklepie? Nachalność sprzedawców we wciskaniu plastikowej torebki nawet na najmniejszy zakup, wręcz zaskakiwała, szczególnie, że takie torby są zabójcze dla żółwi morskich. Może chociaż czyste ulice? Nie ma mowy, w mentalności mieszkańców tamtych rejonów jest chyba życie w śmieciach, a przejawem tego jest bardzo niewielka liczba śmietników na ulicach. Zadbane miejsca publiczne i plaże na Rock Island? Absolutnie nie. Pobazgrolone wiaty kempingowe na wysepkach wręcz się walą, o toaletach nawet nie ma co wspominać, a za śmietniki służą tam stare, pordzewiałe beczki po oleju. Pierwsza większa fala może je zmyć do morza, na te cudowne, mikronezyjskie rafy koralowe.

Rafa na Rock Island w Palau
Przejrzystość wody w zatokach Rock Island jest krystaliczna, a pod wodą piękna, kolorowa rafa.

No bo trzeba przyznać, że Palau to prawdziwy raj, jeśli weźmiemy pod uwagę przyrodę. Tak przejrzystej wody, takiego bogactwa przyrodniczego na niebie, nad wodą i pod wodą, nigdy jeszcze nie widziałem. Cudowne rafy z miękkimi koralowcami. Unoszące się nad rafami rekiny, manty, żółwie morskie, delfiny, kolorowe ryby, krokodyle słonowodne, wszystkich tych znanych nam jedynie z przyrodniczych programów w telewizji mieszkańców oceanów, w wodach Palau można podziwiać na żywo i to w ilościach hurtowych. Na niebie dziesiątki gatunków ptaków, wiele endemicznych, występujących tylko na wyspach Mikronezji. Na lądzie węże, egzotyczne pająki, olbrzymie kraby kokosowe, zdolne odciąć człowiekowi palec, gdyby ktoś się uparł w złapaniu ich na obiad. Soczysta zieleń dżungli z roślinami znanymi z naszych parapetów, ale dorastającymi w tropikach 10. piętra. Naprawdę raj. Jednak nie dla wszystkich.

Efekt cieplarniany to nie mit. Nigdzie tak dobrze nie widać jego skutków jak na Palau. Wiele tutejszych raf koralowych umiera z powodu stężenia dwutlenku węgla w powietrzu. Powoduje to wzrost kwasowości wody, a nawet niewielkie zakwaszenie przyczynia się do śmierci korali. A z drugiej strony następuje ocieplenia oceanu. Jeśli temperatura przekroczy ponad 30 stopni, rafa blaknie i umiera. Odpowiedzialny za ten stan rzeczy jest efekt El Niño, który kilka lat temu przyniósł Mikronezji wielką suszę. Do tego stopnia, że przez kilka miesiący woda pitna na wyspach była reglamentowana.

Co robić w Palau

Palau nie jest dobrym krajem na spędzenie wakacji. Przyzwyczajonym do znakomitych plaż Azji Południowo-wschodniej, cudownego jedzenia Wietnamu, gościnności Tajlandii, skarbów Kambodży, albo kolorów, zapachów i smaków Indii, szczerze Palau nie polecam. Niewiele jest tam miejsc godnych odwiedzenia i zachwytów. W największym mieście Koror, porównywalnym ze średnim, polskim miastem powiatowym, jest kilka restauracji, dwa muzea i akwarium miejskie. Muzeum Etnograficzne i Narodowe Muzeum Belau pokazują zbiory związane z historią Palau. Do pierwszego wstęp kosztuje 10 dolarów, drugie odwiedzicie za 2 dolary. Do akwarium można wejść za 10 dolarów, do obejrzenia jest tam kilka akwariów z gatunkami występującymi w okolicznych wodach, to dobry pomysł dla tych, którzy boją się wody. Na końcu pobliskiej Koror wyspy Malakal jest jeszcze ciekawa baza badawcza, gdzie hodowane są gigantyczne małże. Można poprosić o oprowadzenie po instytucie i opowieść na temat akwakultury tego kraju. Atrakcja kosztuje 2 dolary. Ale poza tym oraz dwoma maleńkimi galeriami handlowymi i kilkunastoma sklepami z pamiątkami, w mieście raczej będziecie się nudzić. Wszystko jest tu po prostu bardzo skromne, ekspozycje w muzeach malutkie, zaopatrzenie w sklepach mizerne, po prostu skala mikro, jak to w Mikronezji. Podobnie jest z plażami. Amatorzy wylegiwania się na bielutkim piasku w palącym słońcu mogą być bardzo rozczarowani. Wybrzeże Palau jest otoczone głównie namorzynami. W tym powulkanicznym archipelagu na środku Pacyfiku po prostu nie ma za wiele plaż, a jeśli są, to także maleńkie. W największym mieście plaże należą jedynie do kurortów hotelowych, można na nich przebywać za opłatą, np. 25 dolarów dziennie w najpopularniejszym Pacific Palau Resort. Nieco więcej plaż jest na wyspach Peleliu i Kayangel, a także na największej wyspie Babeldaob. Często jednak trzeba płacić opłatę za postawienie stopy na wyspie, albo poprosić przedstawiciela lokalnej społeczności o możliwość skorzystania z plaży. Największe jednak problemy sprawia transport. Brak tu jakichkolwiek publicznych przewoźników. Aby dostać się na kilka bezludnych plaż na Rock Island, trzeba wynająć kajak i rzecz jasna wykupić przepustkę. To i tak najtańsza opcja, bo ceny czarterów łodzi są zaporowe. Między większymi wyspami pływają państwowe promy, ale rozkład rejsów jest bardzo ubogi, trzeba uważać, aby nie utknąć na którejś z wysp, bo można nie zdążyć na swój powrotny lot.

Atrakcją wysp są także pozostałości wojenne. Dla tych, którzy interesują się historią drugiej wojny światowej, będzie to prawdziwa gratka. W rejonie wyspy Peleliu odbyła się jedna z największych bitew wojny na Pacyfiku. W wielu miejscach można jeszcze zobaczyć wraki czołgów i dział, sporo wraków jest także zatopionych w zatoczkach Rock Island. Trzeba jednak trzymać się wyznaczonych ścieżek, bo nie wszystkie tereny zostały po wojnie rozminowane. Oprócz tych atrakcji, na największej wyspie można jeszcze odwiedzić niewielki wodospad, tajemniczy cmentarz z monolitami oraz dumnie wznoszący się niemalże w środku dżungli budynek parlamentu Palau, albo popływać z delfinami w Dolphins Pacific w cenie 140 dolarów. Szczerze jednak mówiąc, atrakcje tego kraju można zliczyć na palcach jednej ręki.

Palau, Koror, Aquarium, dock – Spherical Image – RICOH THETA

Komu się spodoba Palau

A największa z tych atrakcji, to przyroda. Zachwycą się szczególni ci, którzy lubią schodzić pod wodę. Kiedy legendarny Jacques Cousteau odkrywał dla Zachodu tutejszą rafę i zatoczki, chyba nie spodziewał się, że Palau znajdzie się w czołówce najlepszych miejsc do nurkowania na świecie. Podwodne życie raf otaczających wyspy republiki po prostu powala. Zejście pod wodę jest tu naprawdę bardzo ekscytujące i to nie tylko z powodu bogactwa podwodnej fauny i flory. Nurkowanie na rafie w tzw. Blue Corner dostarcza także dreszczyku emocji, bo prądy morskie są tu tak silne, że trzeba kotwiczyć się na linach, aby nie zniosły nurka na otwarty ocean. Równie ekscytująco jest pod wodą Kanału Niemieckiego, wykopanego niegdyś przez niemieckie kampanie pozyskujące z wysp Mikronezji guano, a potem zaanektowanego przez rafę. W największym mieście jest kilka szkół nurkowania i agencji organizujących nurkowania. Koszt kursu na nurkowe „prawo jazdy” PADI to około 500 dolarów, połowę więcej niż w Polsce, ale nurkowania odbywają się w cudownie krystalicznych wodach na rafach, a nie w basenie. Koszty nurkowań uzależnione są od ilości osób i zejść pod wodę. Dwudniowe nurkowanie kosztuje 160 dolarów, a za dodatkowy dzień należy dopłacić jeszcze 40 dolarów. Nurkowanie nocne to koszt 75 dolarów. Można także udać się na nurkowania z rurką wokół okolicznych wysp. Także i z perspektywy powierzchni oceanu, podwodny świat zachwyca różnorodnością. Koszt takiej wycieczki obejmujący obiad, wodę oraz przystanki na Drodze Mlecznej i nad Jellyfish Lake, to 150 dolarów.

Palau będą też zachwyceni wielbiciele obserwacji przyrody, pasjonaci biologii. Występuje tu sporo endemicznych gatunków zwierząt m.in. 7 gatunków niejadowitych węży lądowych oraz wiosłogon żmijowaty, ciekawy gatunek węża morskiego. Ten jest z kolei jadowity śmiertelnie. Nie bójcie się jednak zanurzyć w krystalicznych wodach okalających Palau. Wąż po pierwsze jest bardzo płochliwy, a po drugie, zęby jadowe ma umieszczone na końcu szczęki, jeśli nie ugryzie w cienki fragment dłoni między kciukiem a palcem wskazującym, to nie umrzecie, jak tłumaczył mi jeden z lokalnych znawców tutejszych wód. W słonowodnych jeziorkach, których kilka znajduje się na wyspach Palau, można spotkać także krokodyle. Ponoć są niegroźne, a jedyny znany atak krokodyla na turystę zanotowano tu w 1995 roku. Nie są znane losy tego turysty. Ponadto Palau to także wspaniałe miejsce dla tych, którzy pasjonują się obserwacjami ptaków. Jest tu ich cała masa, a na niebie zobaczymy także ssaki, np. wielkie, owocowe nietoperze, będące zresztą przysmakiem w tutejszej kuchni.

Nietoperze owocowe były tak popularnym delikatesem na Palau i Guam, że ich jedzenie zagroziło wyginięciem gatunku. Dlatego rząd Palau w 1994 roku wprowadził zakaz eksportu nietoperzy. Od tej pory jest to przysmak tylko dla mieszkańców Republiki Palau, którzy gotują z nich oryginalną zupę.
Przepis na zupę z nietoperza owocowego: wybierz dorodnego nietoperza owocowego i włóż go do gotującej się wody z przyprawami. Następnie gotuj przez kilka godzin, potem dodaj imbir, mleko kokosowe i warzywa, i znowu pogotuj. Podczas spożywania posiłku, nie rozrywaj nietoperza, aby dobrać się do jego mięsa. Odgryzaj kawałki nietoperza wraz ze skórą, a następnie przeżuwaj, wysysając mięso i wypluwając sierść. Smacznego!

Inny pomysł na Palau

Zachwyceni w Palau będą jeszcze kajakarze. Eksplorowanie wysepek Rock Island na kajaku, to najlepszy pomysł na spędzenie czasu dla tych, którzy nie są amatorami nurkowania. Taki był też mój plan na wakacje w tym pacyficznym raju. Z jednej strony nie jestem wielkim zwolennikiem nurkowania, wydaje mi się, że oglądanie raf kilka dni z rzędu nie przynosi już żadnych nowych doznań. Z drugiej strony, chciałem choć raz poczuć się jak prawdziwy rozbitek, rzucony gdzieś na egzotyczną, bezludną wyspę i zdany tylko na siebie. Mój ekwipunek na tę wyprawę składał się więc z rzeczy niezbędnych do przetrwania: namiotu, garnka, linki, hamaka, latarki, jednorazowego podgrzewacza, alumaty, letniego śpiwora i kilku jeszcze potrzebnych na każdym kempingu drobiazgów. Z tą tylko różnicą, że wszystko to musiało się zmieścić w bagażu podręcznym, bo właśnie z małym plecakiem lubię podróżować najbardziej, nawet jeśli jest to podróż na koniec świata, jak w tym przypadku. Jednak informacji o możliwości biwakowania na wyspach Palau w internecie nie ma za wiele. Również w Palau Visitor Authority, prywatnej informacji turystycznej w centrum Koror, nie dowiedziałem się niczego ciekawego w tym temacie. Zresztą, jeśli jeszcze coś złego można powiedzieć o Palau, to z pewnością jest to kraj dezinformacji. Każdy twierdzi co innego. Pracownica wspomnianego centrum, że owszem, można biwakować w publicznym parku i pod mostem w Koror. Innego zdania był przewodnik po Rock Island, twierdząc, że rozstawienie namiotu na wyspie Koror jest nielegalne i zagrożone wysokim mandatem. Tylko co do jednego była pewność, kamping można rozbić na bezludnych plażach Rock Island. Plan był prosty: wykupić transfer na którąś z wysp, umówić się na odebranie za kilka dni i spędzić leniwie czas w hamaku z dala od internetu, telefonów i ludzi.

Rock Island niesamowite miejsce w Palau
Najwspanialsze miejsce na kajak w Oceanii. Rock Island, grupa ponad 400 niezamieszkałych wysepek otoczonych rafami.

Jedyny konkret, jaki udało się uzyskać w tej sprawie pochodził od Rona Leidicha z Paddling Palau. Ron jest biologiem morskim, ożenił się z mieszkanką Palau i od 20 lat organizuje wyprawy nurkowe i kempingowe po okolicznych wysepkach. Przekonywał, że najtańszym sposobem na dostanie się na bezludną wyspę będzie wynajęcie kajaków. Czarter łodzi byłby zbyt drogi, bo właściciel policzy sobie za kurs dwukrotnie (odwiezienie i przywiezienie) i ostatecznie cena wyniosłaby około 500 dolarów. Na spotkanie Ron przyszedł przygotowany, przyniósł mapy, prognozę pogody i tabelę pływów. Z rozsądkiem przekonywał, że w tej chwili wiatr jest zbyt silny, żeby pływać kajakiem po wszystkich wyspach Rock Island. Jedyną możliwością jest eksploracja zatoki Nikko Bay, osłoniętej od wiatru skałami. Wielokrotnie podkreślał słowo „bezpieczeństwo”, a na dowód tego, że dba o swoich klientów, na własny koszt przydzielił asystę swojego pracownika. Starania Rona doceniłem dwa dni później, gdy spotkałem na Rock Island parę Polaków w kajaku bez mapy, prognoz, tabeli pływów. Mieli szczęście, że akurat tego dnia wiatr nieco osłabł i mogli bezpiecznie przepłynąć fragment wysp całkowicie odsłoniętych na ocean. Uznałem, że oferta Rona jest najbardziej konkretna i najlepsza cenowo (45 dolarów dziennie za jednoosobowy kajak). Uścisnęliśmy sobie dłonie i postanowiliśmy zdecydować o wyprawie następnego dnia, po aktualizacji prognozy pogody.

Palau, Rock Island, Low Tide Beach, Nikko Bay, camping – Spherical Image – RICOH THETA

Kajakiem po oceanie

Rankiem przybył pracownik Rona Macstyl Sasao, rodowity mieszkaniec Palau. Przywiózł nowe dane pogodowe, mapy, wodoszczelne worki na ekwipunek. Spojrzeliśmy jeszcze raz na prognozę, wiatr nadal był bardzo silny, 30 mph, bo 500 km od Palau przechodził akurat tajfun. Ale w osłoniętych od wiatru zatokach powinniśmy być bezpieczni. Decyzja zapadła, pojechaliśmy z Macstylem do siedziby rangersów po przepustkę na Rock Island, potem zrobiliśmy zakupy. Najistotniejszy jest zapas wody pitnej. W tym klimacie, trzeba pić przynajmniej 2-3 litry wody dziennie, aby się nie odwodnić. Można liczyć, że galon (5 litrów) starczy na dwa dni. Ekwipunek i prowiant zapakowaliśmy do kajaków i ruszyliśmy na wody Nikko Bay. Macstyl, który znał to miejsce jak własną kieszeń, nie tylko pokazał kilka pięknych zaułków z cudownymi rafami. Uczył także wchodzenia na kajak z wody, nurkować przypiętym do kajaka, a przede wszystkim obserwować ocean i wyciągać wnioski z sytuacji. A ta na wodach Palau potrafi zmieniać się błyskawicznie. Szkwał z deszczem i porywistym wiatrem może pojawić się zupełnie niespodziewanie, chociaż jeszcze przed chwilą świeciło słońce. Warto też pamiętać, że nawet jeśli słońca nie ma, konieczne jest stosowanie kremów z UV, bo promienie przebijają przez chmury i bardzo łatwo można nabawić się poparzeń nawet w pochmurny dzień! A ukryć się przed słońcem nie ma jak, bo Palau leży blisko równika i słońce jest prawie cały czas w zenicie.

Rock Island, to grupa 445 niezamieszkałych, powulkanicznych wysepek, w 2012 roku wpisanych na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Wody Rock Island są domem dla ponad 1300 gatunków ryb i 153 gatunków ptaków, w tym 10 endemicznych, oraz 700 gatunków korali, 44 gatunków płazów i gadów, 23 gatunków ssaków, a także dla żółwi szylkretowych i zielonych, mant, rekinów. W wodach Palau ustanowiono m.in. rekinie sanktuarium, obszar 600 km kw., gdzie obowiązuje całkowity zakaz połowu tych ryb. Najbardziej popularne wśród turystów przybywających na Rock Island są kajakowe wycieczki poprzez zatokę Nikko Bay, Mleczną Drogę z leczniczymi błotami, którymi można się smarować, aż po południowe wysepki z tzw. Cmentarzem Rafy i Łukiem Miękkich Korali. Wiele miejsc u wybrzeży Palau jest ściśle chronionych i nie ma do nich dostępu. Tutaj można zapoznać się ze szczegółową listą restrykcji na wyspach Palau. Dziesięciodniowa przepustka uprawniająca do pływania kajakiem, nurkowania i biwakowania na Rock Island, kosztuje 50 dolarów. Można ją kupić w stacji rangersów, czyli strażników przyrody, w porcie na wyspie Malakal, około 2 km od centrum Koror.

Eksplorowaliśmy więc urokliwe zatoczki, nurkowaliśmy przy wrakach japońskich łodzi patrolowych z czasów drugiej wojny, robiliśmy zdjęcia i powoli zbliżaliśmy się do miejsca przeznaczenia: plaży Low Tide Beach. A dotrzeć tam nie było łatwo, bo droga prowadziła przez nieosłoniętą część zatoki. W oddali, na rafie huczał ocean. Ponad trzymetrowe fale groźnie zbliżały się w naszą stronę. Zrozumiałem od razu obawy Rona i jego ciągłe podkreślanie słów o bezpieczeństwie. Na otwartym oceanie maleńki kajak nie ma żadnych szans. Wystarczy większa fala, by rzucić łupinkę o ostre jak brzytwa wulkaniczne skały, albo wyciągnąć kajakarza na otwarte wody. Z potęgą oceanu nie ma żartów. Szczególnie podczas przypływu, wtedy rafa barierowa jest o wiele głębiej pod powierzchnią wody i fale z całą mocą docierają do brzegów, nie mogą rozbijać się o chroniącą wybrzeże rafę, a przewalają się nad nią. Sporo nauczyłem się o oceanie podczas tych kilku dni. Po dotarciu na plażę wystarczyło urządzić kemping. Namiot rozbiłem pod wiatą, to był dobry pomysł, bo ulewy zdarzały się zupełnie niespodziewanie i obawiam się, że tropik mojego namiotu nie wytrzymałby takiego naporu wody. A tak, spałem w samej sypialni, bo noce są na Palau gorące. Przy okazji, moskitiera chroniła od owadów, a podniesiona podłoga przed szczurami. Kolejne dni mijały na obserwacji przyrody, do zatoczki parę metrów od plaży często wpływał rekin. Z wielkich nor wypełzały kraby, obok szybki jak błyskawica wąż upolował jaszczurkę, a wieczorami nad plażą fruwały wielkie nietoperze. Dżungla ożywała zwłaszcza w nocy, a ja wsłuchiwałem się w te niespotykane u nas odgłosy, leżąc w hamaku i popijając herbatę ugotowaną na prymitywnej kuchence zrobionej z jednorazowego palnika. Rano brałem prysznic padający prosto z nieba (pamiętajcie o zabraniu biodegradowalnego szamponu), przyrządzałem obiad, pływałem kajakiem po osłoniętych zatoczkach i jaskiniach, podziwiałem cudowne, rozległe rafy koralowe. Naprawdę przez te kilka dni czułem się świetnie, z dala od wszystkich problemów. Myślę, że mimo trudności, zaporowych cen, stołowania się suchym prowiantem i fatalnej, deszczowej pogody, biwakowanie na wyspie było zdecydowanie świetnym pomysłem!

Palau Low Tide Beach Rock Island – Spherical Image – RICOH THETA

Ucieczka z tropiku

Pływanie po Rock Island kajakiem było najlepszym i najtańszym sposobem na pobyt w drogiej i dość nudnej Republice Palau. Może jeszcze skorzystanie z kurs PADI w niesprzyjających warunkach pogodowych, nie było stratą czasu i pieniędzy. Poza tym, w Palau nie chce się zbyt długo przebywać. Ponurkować, popływać kajakiem i jak najszybciej uciekać w lepsze miejsca, choćby nawet do obleganej przez turystów Tajlandii. Jeśli jednak już macie tani bilet do Mikronezji i chcecie zmierzyć się z prawdziwą przygodą na środku oceanu, korzystajcie. Nie zapominając jednocześnie o zapewnieniu sobie wystarczających środków na pobyt. Dlatego na zakończenie podaję kilka tamtejszych cen usług i produktów w sklepach:

  • galon wody – 2,95 dolara;
  • piwo w puszce – 1,25 dolara;
  • cola w puszce – 85 centów;
  • chleb – około 2 dolary;
  • tuńczyk w puszce (pyszny!) – 1,45 dolara;
  • sardynki w puszce – 1,55 dolara;
  • kukurydza w puszce – 2,45 dolara;
  • mielonka (obrzydliwa!) – 2,35 dolara;
  • rosół w puszce – 1,50 dolara;
  • pomidory w puszce – 0,99 dolara;
  • główka czosnku – 4 dolary;
  • owoce w puszce – 1,99 dolara;
  • zupka chińska – 0,50 dolara;
  • chipsy krewetkowe – 0,55 dolara;
  • świeca na komary – 1,50 dolara;
  • palnik do gotowania – 1,50 dolara;
  • świeży kokos – 2 dolary;
  • burger z frytkami – około 5 dolarów;
  • 1 pinta piwa w lokalnym browarze – 6,5 dolara;
  • karta internetowa na 4 godziny – 5 dolarów;
  • taksówka z lotniska – 25 dolarów;
  • wynajęcie auta na dzień – 60 dolarów;
  • galon paliwa – 3,85 dolara;
  • prom na Peleliu – 15 dolarów;
  • wypożyczenie kajaka – 45 dolarów;
  • nocleg w hostelu – 35 dolarów;
  • nocleg w hotelu – 200 dolarów;
  • przepustka na Rock Island – 50 dolarów;
  • opłata wylotowa – 50 dolarów.

Galeria

*Enya, „Orinoco flow”.

 

0 55 100 1

Jak oceniam Palau

Palau w Mikronezji to naprawdę bardzo egzotyczny kierunek do odwiedzenia, ale nie do końca dobry kierunek wakacyjny. Przede wszystkim jest to miejsce bardzo drogie, a jakość usług nie zawsze jest warta wyśrubowanych cen, które ustanawia się przede wszystkim dla turystów z bogatej Japonii czy z USA. Ale atutem tego kierunku jest przepiękna przyroda. Z pewnością jest to miejsce dla wielbicieli nurkowania, tutejsze wody obfitują we wszelkie morskie stworzenia. Wybierając się do Palau trzeba też spodziewać się kapryśnej pogody. Deszcze padają zupełnie niespodziewanie, a kiedy świeci słońce, jest gorąco nie do zniesienia, sytuację pogarsza jeszcze wysoka wilgotność. Trzeba mocno dbać o nawadnianie i ochronę przed słońcem. Mimo wszystko jednak, warto zobaczyć Palau, a zwłaszcza Rock Island. Udanej wyprawy!

55%
Średnia ocena
  • Przyroda
    100%
  • Ludzie
    80%
  • Jedzenie
    10%
  • Bezpieczeństwo
    80%
  • Atrakcje
    50%
  • Ceny
    10%