Polski desant w Palau

Palau, Palau? Nie ma takiego miejsca na mapie, twierdzili znajomi, gdy powiedziałem, dokąd wybieram się na kolejną wyprawę. I co z tego, że nie ma? My, Polacy dojedziemy nawet na koniec świata! Że drogo? My już mamy swoje sposoby na obniżenie cen! To dokąd lecimy? A, nieważne, grunt, że jest okazja i tani przelot. No to lecimy!

Tanio na koniec świata

Takiej okazji polscy podróżnicy nie mogli przepuścić. Gdzieś około lutego, na forach podróżniczych gruchnęła wieść, że z Europy da się dolecieć do Mikronezji w granicach tysiąca zł w obie strony. Szybki rzut oka na zdjęcia wyplute przez Google i nie ma wątpliwości. Do raju za tysiaka? Kupować! Fakt, cena była wynikiem błędu taryfowego, a raczej błędu w przeliczaniu walut. Zamiast w dolarach amerykańskich, została podana w dolarach hongkońskich, co stanowiło równowartość około 250 euro. Istniało ryzyko anulacji, ale kto nie ryzykuje, ten nie ma. Parę godzin po zakupie było już pewne, że linie China Airlines potwierdzają zakup i przesyłają bilety elektroniczne. W wielu polskich sercach tego lutowego, mroźnego popołudnia zapalił się płomień. Już prawie poczuliśmy żar tropików. Pozostało tylko czekać do listopada i wykorzystać ten czas na zapoznanie się z celem podróży. A ten był fantastyczny i wręcz nieosiągalny. Tropikalna Republika Palau gdzieś na środku Pacyfiku, ze słonecznymi plażami, palmami, cudownymi rafami. Pełna egzotyka! A po drodze jeszcze dwa fajne przystanki w Bangkoku i w Tajpej na Tajwanie. I to się nazywa deal! Jedni przez te kilka miesięcy żyli wyjazdem, wertowali zasoby sieci w poszukiwaniu najdrobniejszej wzmianki o egzotycznym Palau. Inni wrócili do swoich spraw, odłożyli myślenie o wyjeździe aż do listopada. A jeszcze inni, szczegółowo rozplanowali podróż dla siebie, babci, dzieci. Aż przyszedł upragniony dzień wylotu.

Szok na starcie

W końcu dotarliśmy jakoś do Amsterdamu, skąd startował samolot do raju. Jedni busikami, inni tanimi liniami do Eindhoven, kolejni narodowym przewoźnikiem z Warszawy, ci wręcz na bogato, z darmowym bagażem nadawanym. Na lotnisku jednak czekała niemiła niespodzianka, linie lotnicze odmawiały odprawy, bo część pasażerów miała odwrotnie wpisane na bilecie dane osobowe. Był to oczywisty błąd pośrednika, ale za zmianę należało dopłacić linii lotniczej. Co? Kupiliśmy tani bilet do raju i mamy jeszcze dopłacać 50 euro? Grupa oburzonych polskich pasażerów, tłocząca się w punkcie informacyjnym China Airlines, nie mogła uwierzyć w takie oszustwo. Ale co było zrobić? Wracać na tarczy z Amsterdamu, czy połknąć tę żabę i lecieć do raju? Głębsze sięgnięcie do mieszka i zabunkrowane na dnie 50 euro, spokojnie oczekujące na czarną godzinę obok 50 dolarów (niezbędnych do wylotu z Palau, jeśli ktoś o tym zawczasu wiedział), powiększyło koszt biletu. Ta zniewaga krwi wymaga! A przynajmniej alkoholu. Złupiła nas China Airlines, my złupimy ich. A przynajmniej opijemy ze wszystkiego, co tam mają na pokładzie. A że loty były aż na trzech odcinkach, to złupimy ich po trzykroć! Tego linie lotnicze się nie spodziewały, chociaż chyba przewidywały szturm Polaków na swoje pokłady, bo na powitanie, na pokładowych monitorach koreański wirtuoz Seong-Jin Cho, zwycięzca zeszłorocznego Konkursu Chopinowskiego, pięknie zagrał nam poloneza es dur czy jakoś tak. To wznieśmy toasty! Zaraz po pierwszym posiłku, silnie uzbrojona w pragnienie (zemsty) grupa polskich husarzy ruszyła szturmować pokładowy barek. I wysączyła go do dna, wprawiając w osłupienie piękne, chińskie stewardesy. Upajać się (zemstą) można było przy polskim filmie „Carte Blanche” z Andrzejem Chyrą, pewnie nie przez przypadek, dodanym do systemu pokładowej rozrywki. Słowem, na pokładach linii China Airlines czujemy się już jak u siebie. Gorzej z samą linią, która nie bardzo lubi nas, bo za lot w tej klasie nie naliczyła ani jednej mili do Sky Team…

Integracja improwizacja

Dwie cechy w narodzie naszym rozwinięte są wyjątkowo silnie. Jak tylko widzimy rodaka, nie odwracamy się na pięcie, ale integrujemy. Szczególnie gdy łączy nas wspólny cel, np. barek hotelowy gdzieś w Hurgadzie, albo egzotyczne Palau, na które lecimy wspólnie, bo wspólnie przechytrzyliśmy system. Nie ma podziałów na Polska A i B, nie ma lepszego i gorszego sortu. Są jedynie drobne rywalizacje na pomysły spędzania czasu na wakacjach. A my to lecimy nurkować, a my plażować, a my kajakiem po horyzont, a my przy basenie cały wyjazd. A my na bogato, a nie, to nie ten wyjazd. A zresztą, zobaczy się na miejscu i zaimprowizuje. Jesteśmy w tym przecież mistrzami! Cóż, że niektórzy pasażerowie lotu na koniec świata, faktycznie nie mieli pojęcia dokąd lecą. Nie odrobili lekcji przed wyjazdem, potraktowali go z pełną swobodą i beztroską. Mocno się zdziwili, że za wylot z Palau trzeba zapłacić aż 50 dolarów opłaty, a wyjście do miasta podczas postoju w Bangkoku będzie ich kosztowało dolarów 20. Jakoś przecież przeżyjemy te dwa tygodnie w Palau. Dwa tygodnie? Zanudzić się tam idzie po dwóch dniach, ale… Ale nie ginie przecież w narodzie nasza najbardziej narodowa z narodowych cech: fantazja ułańska! Szczególnie, że po opróżnieniu barku w samolocie humory dopisują, a poza tym, lecimy przecież na wakacje, więc po co się stresować. Jak to jednak w życiu bywa, trzeźwienie jest najbardziej bolesne. Mieli się o tym przekonać liczni pasażerowie lotu do Koror, którzy rankiem, zmęczeni nie tylko długą podróżą, wyszli „na miasto” zorientować się w cenach i możliwościach. No i tego nie przewidywaliśmy, 25 dolarów za wejście na plażę? Piwo za 6 zł za puszkę? Że co, 250 dolarów za noc w hotelu? Kolejne 50 za przepustkę na Rock Island? No pięknie nas orżnęli! To my tanio lecimy na koniec świata, a ten świat jest taki drogi? Aaa, spróbujmy tego ichniejszego piwa, skoro już tu jesteśmy.

Na swój sposób

Pomysłów na spędzenie czasu w Republice Palau, słynącej z doskonałych miejsc do nurkowania i wspaniałego Rock Island, grupy powulkanicznych wysepek otoczonych rafami, z zagubionymi, bezludnymi plażami było conajmniej kilka. Pomysły te można połączyć z typami podróżników spotkanych na szlaku. I tak:

Backpaker. Wiadomo, ma małe wymagania, może spać w najgorszym hostelu, wystarczy łóżko w 12-osobowym dormie. Może jeździć stopem, problemem było znalezienie dobrego miejsca do łapania stopa, konieczne było wyjście poza miasto, czyli 5 km spaceru. A zresztą, gdzie jeździć stopem po wyspach? Ważne, że z saszetki przewieszonej w pasie, da się wysupłać dolara na piwo. Przy czym warto poświęcić te parę godzin na rozpoznanie oferty browarniczej tutejszych sklepów. Różnica 5 centów w cenie piwa może się okazać bardzo istotna w ostatecznym rozrachunku. Pomysł na wakacje? Nie korzystać z żadnych drogich ofert, pozwiedzać okolicę najtaniej jak się da.

Wagabunda. Ekstremalna wersja backpakera. Wymagania ma jeszcze mniejsze, może spać na ławce w parku, a zamiast jeździć stopem, woli chodzić pieszo. Problemem był brak parku. Naje się tym, co zdobędzie, często w stylu freegańskim. Zobaczy to, co los da, tam, gdzie go rzuci. Nie dba o harmonogramy i nie ogranicza się w możliwościach zobaczenia czegoś nowego. Po drodze z Palau może wyskoczyć w Bangkoku i zostać do wiosny. Albo w drodze na Palau zostanie na Tajwanie, nie myśląc (albo nie wiedząc) o tym, że lot powrotny zostanie mu skasowany. W końcu beztroska to jego znak firmowy.

Hipster. Zachwyca się wszystkim, co zobaczy dookoła, byle było oryginalne i egzotyczne. Nawet najbardziej ponura i brudna plaża będzie dla niego niebem. Okolice zjeździ oczywiście rowerem wyproszonym od właściciela jakiegoś hostelu. Tylko na powrót pod górkę musi łapać stopa, bo jednak kondycja marna. Je tylko w food trackach, ale za to stać go na jednoosobowy pokój. Nie ma kompleksów, śmiało mówi po angielsku, nawet żartuje. Znajduje genialny sposób na spędzenie wakacji. Skoro jest w najlepszym miejscu do nurkowania na świecie (tak pisali na Fejsie), to zapisuje się na kurs nurkowania. To był strzał w dziesiątkę! Schodzi na 25 metrów, ale ostatniego dnia przed wylotem ubolewa, że nie może już zanurkować, bo azot nie zdąży mu się wytrącić.

Family guy. Zabiera do raju swoją rodzinę, żonę z dziećmi. Zapunktuje tym u kolegów z zakładu, bo kto o zdrowych zmysłach jedzie z rodziną na wysepkę na środku Pacyfiku. A więc jednak go stać, pomyślą koledzy. Na wyprawie jest przywódcą, w końcu to głowa rodziny, więc troszczy się o wszystko, a także martwi. Np. tym, że cena jednego noclegu w hotelu w Koror dla jego rodziny, to mniej więcej jego miesięczna pensja. Porzuca rodzinę na plaży ze wstępem za 25 dolarów, w przyzwoitej cenie przesiedzą tam cały dzień, a sam szwęda się po mieście, główkując, jak wydostać się z Palau, albo od kogo pożyczyć kasę, żeby nie zbankrutować. Jednocześnie w duchu się cieszy, że kupił przelot tylko na tydzień.

Debeściak. Zawsze jest o krok przed innymi. Znakomicie przygotowany do każdego wyjazdu. Samowystarczalny. Nigdy nie pyta o drogę i nie integruje się z rodakami. Nie ma dla niego niespodzianek i zaskoczeń. A jeśli coś go zaskoczy, to zawsze ma plan b. Od razu ma pomysł na spędzenie czasu w Palau. Bierze ze sobą turbo lekki namiot, garnek, hamak i składany kajak, a wszystko to mieści w bagażu podręcznym. Na miejscu dokupuje prowiant, zapasy i wyrusza na Rock Island, poczuć zew przygody prawdziwego rozbitka. Liczy kasę, ale kalkuluje tak, aby wydawać pieniądze z sensem. Zamiast jednodniowa droga wycieczka z przepustką za 50 dolarów, pięć dni na Rock Island i od razu przepustka kosztuje 10 dolarów dziennie. Na lotnisku znajduje lożę dla podróżujących transferem z wygodnymi kanapami, darmowym prysznicem i fotelem masującym. Siada w nim na długie godziny i popijając z termicznego kubka herbatkę sporządzoną z darmowego wrzątku użala się nad losem hipstera, który nocuje przy bramce pod odkręconym klimatyzatorem, słuchając chrapania innych oczekujących na transfer.

Trzpiotka. Występuje przeważnie w liczbie mnogiej. Każdy wyjazd traktuje jak wycieczkę z biurem podróży. W jej bagażu nie brak więc sukienki i szpilek, gdyby nadarzyła się okazja do wyjścia na miasto, choćby to miało być miasto powiatowe. Ma wszystkie niezbędne kosmetyki, uprasowane ubrania starannie pakuje do walizki na kółkach. Ma też psiapsiółkę, trzpiotkę, ale z tendencją do niezależności. Zachwyconą hipsterem schodzącym na 25 metrów pod wodę, emancypantkę, która też będzie nurkować zakotwiona do rafy, skoczy na bungee, albo popłynie kajakiem w jednodniową wycieczkę za 200 dolarów. Wydatkami będzie martwić się później, grunt, żeby zaliczyć kolejną atrakcję i nie odstawać od innych. Maksymalnie wykorzystuje czas, wpada do hostelu, bierze prysznic i leci na kolejne nurkowanie nocne. Miła dla każdego, ale od początku każdej podróży ma swoje typy, z którymi chętnie przystaje i chętnie im przytakuje, przeważnie nie mając własnego zdania.

Cwaniak. Oblatany po forach podróżniczych i po krajach. Zna rozmaite sztuczki na obniżanie cen biletów lotniczych i hoteli. Jeśli hotel w Koror kosztuje 300 dolarów, to on potrafi rozbić tę cenę na dwa noclegi. Dzięki temu czuje się lepszy, mądrzejszy i wyższy. Zawsze cwańszy od innych cwaniaków. Umie zakombinować, więc plażę ze wstępem za 25 dolarów ma tylko dla siebie. Chętnie wrzuca filmiki z hotelowej plaży do internetu, w których w swoim zblazowanym stylu opowiada, jak to w Palau jest ciepło, woda ciepła, a poza tym tak normalnie. Dzięki przelotowi do Mikronezji zbierze miliony mil, a potem poleci w kolejne, egzotyczne miejsce, z którego będzie wrzucał denerwujące filmiki na Fejsa.

Złoty zięć. Na wyprawę zabiera swoją żonę wraz z dodatkiem w postaci teściowej. Przed wyjazdem nie zastanawia się nad argumentami za tym towarzystwem, z żoną się nie dyskutuje. Nie wpada nawet na to, że uskarżająca się na biodro teściowa wymęczy się kulejąc przez tropikalne ostępy w upale. Że podróż będzie trwała dwa dni, a w samolocie będzie trzeba przesiedzieć 18 godzin, narażając się na zakrzepy w żyłach. Ale sytuacja na miejscu wielce go cieszy. Każde stęknięcie teściowej jest jak miód na serce, chciała lecieć, to niech się meczy. Żal mu tylko żony, której żal mamusi. Sytuacja robi się niezdrowa i nieznośna, w końcu zaognia się tak, że ostatecznie teściowa z żoną zostają w hostelu, a dzielny żonkoś rusza zabawić się na miasto w lokalnej burgerowni.

Debeściak
Taki poradzi sobie w każdych warunkach, a nawet najnudniejsze miejsce wakacyjne przekształci w tętniący życiem biwak.

Panowie szlachta

W ostatnich dniach w Palau można było zobaczyć chyba cały przekrój społeczeństwa, bynajmniej nie lokalnego, a polskiego. Śmieszyło to czasem, napawało dumą, albo wręcz dziwiło. Zwłaszcza odnośnie tych, którzy z zupełną beztroską udali się na drugi koniec świata tak, jakby lecieli na wczasy do Grecji. Szczerze podziwiam to bezrefleksyjne podejście, w sumie po co się spinać, skoro to mają być wakacje, czas odpoczynku i beztroski właśnie. A że ocean może być niebezpieczny bez mapy, prognozy i tabeli pływów? Nieważne. A że nie każdemu służy tropikalny klimat? Bez przesady. Że nie będzie się gdzie umyć przez kilka dni? Zatkamy nos. Że ktoś nigdy nie nocował w hostelu. Drobiazg. Nie leciał do celu przez dwa dni? Wytrzymamy. Świetnie, że jesteśmy takim zaradnym narodem. Niech poznają nas nawet w odległym Palau, niech wiedzą, że damy sobie radę wszędzie, ze wszystkim i ze wszystkimi. Że nikt nie podskoczy Polakom! A potem, już wracając do kraju i dzieląc się wrażeniami, nie przyznamy, że te wakacje były do dupy. Dyplomatycznie mówimy, że piękny kraj, zwłaszcza pod wodą. Ale chyba tam nie wrócimy, bo przecież jeszcze tyle pięknych krajów (w domyśle, tanich), jest do zobaczenia. Potem już w domu, z dumą wrzucimy zdjęcia na Fejsa, pokażemy kolegom z zakładu nową (a czasem jedyną) pieczątkę w paszporcie i dopiszemy sobie do naszej mapki w Trip Advisorze zaliczony nowy kraj. I tylko w Palau ludzie zachodzą w głowę, o co chodzi z tymi Polakami. Skąd ich się tu nagle tylu wzięło i dlaczego przetrzebili nasze roczne zapasy piwa w sklepach? Mam dla nich jedną radę: lepiej zmieńcie nazwę swojego kraju z Palau na Polau.