Niby Łazienki, a jednak park

Strefa zieleni w środku miasta. Szerokie aleje i tajemnicze ścieżki. Stawy i kanały. Pałace, pawilony, oranżerie, teatry. Łazienki Królewskie w Warszawie. Można tu posłuchać muzyki, zajrzeć do królewskiej sypialni, znaleźć pawie pióro, popływać gondolą po stawie, ale żeby się wykąpać, co to to nie! Skąd więc ta dziwna nazwa? Co wspólnego mają Łazienki z łazienką?

Jazdów, dziś Ujazdów – część stolicy, 250 lat temu – odrębna miejscowość. Gęsto porośnięta lasem zwanym Zwierzyńcem Ujazdowskim. Miejsce odosobnione, kojące i tajemnicze. Pod koniec XVII w. właściciel Zwierzyńca książę Stanisław Herakliusz Lubomirski, marszałek wielki koronny, erudyta i mecenas sztuki zleca holenderskiemu architektowi Tylmanowi von Gameren projekt i budowę małego pawilonu kąpielowego. W jego wnętrzu, w centralnej sali stylizowanej na grotę bije źródło. Powstaje miejsce odpoczynku, rozrywki i kontemplacji. Łaźnia. „Wchodząc tu, pozostaw wszystkie troski” – głosi napis nad wejściem.

Łazienki? To gdzie jest wanna?

Niecałe sto lat później na tronie Polski zasiada Stanisław August Poniatowski. Jest rok 1764. Król jeszcze nie wie, że będzie królem ostatnim. Na razie szuka miejsca na swą letnią rezydencję. Miejsca, które pozwoli mu odpocząć z dala od zgiełku miasta. Wybór pada na zielone tereny u podnóża skarpy wiślanej. Król kupuje zielony Jazdów i z pomocą dwóch wybitnych architektów: Włocha Domenico Merliniego i urodzonego w Dreźnie Jana Christiana Kamzetzera przekształca barokowy pawilon Łaźni w klasycystyczny Pałac na Wyspie. Łaźnia Lubomirskiego zostaje włączona w plan Pałacu i zyskuje nową nazwę – Pokój Kąpielowy.

Dawna Łaźnia niewiele miała jednak wspólnego ze współczesną łazienką. Nie było to prywatne pomieszczenie przylegające do sypialni, wyłożone modnymi płytkami z błyszczącą armaturą i akrylową wanną. Chociaż, w starej Łaźni, jeszcze za czasów Lubomirskiego wanny były i to nawet dwie. Marmurowe, wmurowane w posadzkę z ukrytą pod podłogą instalacją doprowadzającą do nich wodę. Jak na tamte czasy szał. Stanisław August Poniatowski nakazał je jednak przykryć materacami, a pomieszczenie zaczęło służyć bardziej odpoczynkowi niż higienie. Dziś po wannach ani śladu. „Łazienkowego” przeznaczenia Pokoju Kąpielowego dopatrzyć się można za to w dekoracjach: motywach muszli, czy ceramicznych płytkach ze scenami rodzajowymi, których tematem przewodnim jest woda.

Skoro mowa o łazience, warto wspomnieć również o kuchni. Dziś stanowi ona nierzadko centrum domu, ale w dawnych arystokratycznych rezydencjach zlokalizowana była na zewnątrz, jak najdalej od wrażliwych pańskich nosów, nienawykłych do wdychania intensywnych zapachów. Nie inaczej było w letniej rezydencji króla. Kuchnia znajdowała się w budynku dzisiejszej Podchorążówki, a z Pałacem na Wyspie połączona była drewnianym korytarzem. A jednak to kuchnia właśnie odegrała w czasach ostatniego polskiego króla wyjątkową, mimo że drugoplanową rolę. To stamtąd wyjeżdżały wazy z rosołem, półmiski z baraniną, talerze z pieczonymi jarząbkami, butle węgierskich win i deserowe puchary z konfiturą z róży, które trafiały na stół królewskiej jadalni w czasie słynnych czwartkowych obiadów. Wprowadzony przez Poniatowskiego zwyczaj cyklicznych spotkań z przedstawicielami polityki i kultury w porze letniej przenoszono do Łazienek. Obiad trwał kilka godzin. Przy stole rozmawiano o sprawach państwowych, ale też literaturze i sztuce. Na zakończenie podawano suszone śliwki – czytelny dla wszystkich znak, że król jest już zmęczony i czas się pożegnać.

Królowa jest tylko jedna

Na piętrze, nad Pokojem Kąpielowym znajduje się królewska sypialnia. Czy król był aż tak mały? – ciśnie się na myśl na widok krótkiego łóżka z baldachimem. Stanisław August do najmniejszych nie należał, ale na łożu spokojnie się mieścił. Po prostu spał na siedząco wsparty o liczne poduszki. W tamtych czasach taki sposób uważano za zdrowszy dla ciała. A czy właśnie w tej sypialni przyjmował król swoje kochanki? Być może. To, że było ich wiele nie jest żadną tajemnicą, tak samo zresztą jak sekretem nie była najsłynniejsza miłosna przygoda króla Stasia z carycą Katarzyną II, która wywindowała go zresztą na polski tron. Co ciekawsze jednak, podobno potajemnie król poślubił szlachciankę Elżbietę Grabowską, z którą doczekał się zresztą potomstwa. Ani pani Grabowska, ani dzieci z tego związku nie nabyli jednak żadnych tytułów. Oficjalnie u boku króla nigdy nie zasiadła więc żadna królowa.

Dziś w Łazienkach królowa jest tylko jedna. Zwinna. Rudowłosa. Maleńka. Wiewiórka pospolita. Sciurus vulgaris. Jednak wcale nie wulgarna. Wręcz przeciwnie: urocza, no może czasami nieco bezpośrednia. Dobrze wie czego chce i idzie po to jak po swoje. Zero bojaźni i kompleksów. Potrafi bez pardonu wdrapać się na nogę. Przejąć zdobycz wprost z ręki. Najbardziej lubi orzechy laskowe, mogą być włoskie, nie pogardzi ziarnem słonecznika. Nerkowca za to nie ruszy. Słynna w całej stolicy i hen poza granicami kraju. Symbol Łazienek, maskotka dzieci, ulubienica starszych. Słodka, ale uwaga, pazurki ma ostre!

Zanurzenie

Wejść do Łazienek jest kilka. Właściwie trudno powiedzieć, które jest główne. Od strony Agricoli, od ulicy Myśliwieckiej, czy może od Alei Ujazdowskich, na wprost pomnika Chopina? Każde z nich jest reprezentacyjne, ale żadne z nich nie wprowadza do parku tak ciekawie, jak niepozorna furtka, tuż za wjazdem do ogrodu botanicznego. Wchodzimy? Mały plac wiosną obsadzony kolorowymi tulipanami. Herbaciany pawilon na wprost. Żadnych spektakularnych osi widokowych, szpalerów drzew prowadzących przechodnia wprost do celu. Zamiast tego niewielka alejka, z obu stron gęsto porośnięta krzewami. Zielony tunel biegnący w nieznane. Łatwo i lekko się tu schodzi, bo droga wiedzie w dół wiślanej skarpy. Zanurzenie w zieleń i chłód. Nogi niosą same. A z każdym ich krokiem otwiera się szersza perspektywa. Cichną odgłosy z ulicy, nabrzmiewa ptasi śpiew…

Park złożony z ogrodów. Tak najprościej można by określić zielone tereny stanowiące dzisiejsze Łazienki. Najstarszy jest XVIII-wieczny reprezentacyjny Ogród Królewski, w wieku XIX postał malowniczy Ogród Romantyczny, a w XX – zgeometryzowany Ogród Modernistyczny. Najnowsza realizacja to nawiązujący do XVIII-wiecznej mody na chińszczyznę – Ogród Chiński. W planach jest Ogród XXI w. Zieloną ramę dla wkomponowanych w park ogrodów tworzą dostojne dęby i miłorzęby, pachnące lipy i magnolie, rozłożyste kasztanowce i platany, smukłe topole, strzeliste sosny, choiny i świerki. Latem przed Starą Pomarańczarnią i Podchorążówką wystawiane są palmy, drzewka pomarańczowe i oliwne, w gorące dni można więc poczuć się tu jak na dalekim Południu. W porze ciepłej Łazienki rozkwitają też tysiącem kwiatów i tych polnych, i specjalnie nasadzanych na starannie zakomponowanych rabatach.

Przyjemnie przejść się szerokimi alejami Ogrodu Królewskiego, posłuchać szumiących nad głową drzew, jesienią pozbierać kasztany, przysiąść na ławce albo wystawić twarz do słońca. Fajnie zagubić się w romantycznej części parku, trochę dzikiej i tajemniczej, odnaleźć ukryte w niej pawilony. Miło poczytać przy fontannie w ostatnio zrewitalizowanym modernistycznym kwartale parku. Albo zwyczajnie poleżeć na trawie.

Rezydenci i rezydencje

Wiewiórki to nie jedyne zwierzęta zamieszkujące Łazienki. Park upodobały sobie krety, jeże i rude nornice, zaglądają tu łasice i kuny. W spokojniejszych rejonach parku można się natknąć nawet na samotną sarenkę. Ptaków jest za to całe mnóstwo. Sroki, kawki, gawrony, wrony siwe, sikorki modraszki i bogatki, kaczki krzyżówki i mandarynki, łabędzie i nurogęsi, łyski i mewy oraz rzecz jasna gołębie. A nade wszystko dostojne pawie. Niektóre, jak sikorki dają się karmić wprost z dłoni. Ale mieszkają tu albo przez park migrują również dziesiątki gatunków dzikich ptaków, jak sójki, jerzyki, puszczyki, zimorodki, dzięcioły, jemiołuszki, drozdy czy czyżyki.

Jednak Łazienki to nie tylko przyroda, zabytkowy park, a w nim Pałac na Wyspie – letnia rezydencja ostatniego króla. To liczne budynki i pawilony zatopione w zieleni, pomniki i imponujące dzieła sztuki. Budynek Starej Pomarańczarni, dokąd dawniej trafiały na zimowe przechowanie egzotyczne drzewka mieści Królewską Galerię Rzeźby i skrywa jeden z nielicznych w Europie oryginalnych XVIII-wiecznych teatrów dworskich. W Pałacu Myślewickim gdzie rezydował niegdyś książę Józef Poniatowski obejrzeć można dziś piękne chińskie wazy, w Białym Domku – Królewską Kolekcję Grafiki, Podchorążówka gości niewielki salon pamiątek po Ignacym Paderewskim, a pałacowa Powozownia – kolaski i karoce. W Łazienkach jest Wodozbiór, Świątynia Sybilli, Ermitaż, nawet Amfiteatr, a od strony Alei Ujazdowskich – Belweder. Są mostki, pomniki i popiersia, słoneczne zegary i obeliski.

miany, zmiany…

Na mapie Warszawy park łazienkowski zawsze były miejscem szczególnym, ale – co tu dużo mówić – jeszcze parę lat temu zapyziały i zapuszczony wręcz prosił się o zmiany. Spacer po alejkach wylanych popękanym asfaltem groził skręceniem nogi. Z zaniedbanych pawilonów sypał się tynk. Mniej odwiedzane części ogrodów poddawały się dyktaturze chwastów. Zakurzone galerie nie zachęcały do zwiedzania. Strażnicy-służbiści gonili za byle wykroczenie, a opryskliwa obsługa muzealna potrafiła zniechęcić nawet najbardziej zdeterminowanych zwiedzających. Zmiany na lepsze zaczęły się w 2010 r. wraz z nastaniem nowej dyrekcji. Zadziałały trafne decyzje i unijne fundusze. Przez ostatnie lata z ciekawością obserwowałam jak dokonuje się „łazienkowa” rewolucja na wielką skalę. Obiekty odrestaurowano, zdarto szpetny asfalt, wytyczono nowe alejki, zrewitalizowano ogrody, zinwentaryzowano drzewostan, oczyszczono stawy, zbiory poddano konserwacji, a muzealne działy przeorganizowano. Pojawiły się nowe ławki i latarnie. Rabaty i nasadzenia. Zadbano o trawniki i parkowe rzeźby. Wydzielono strefę leżakowania, wytyczono ścieżkę biegową, przede wszystkim jednak zmieniono myślenie.

Najbardziej ucieszyło mnie, że Łazienki otworzyły się bardziej na ludzi. Z parkowo-pałacowego założenia o muzealnym charakterze, nic nie tracąc jednak ze swego królewskiego statusu, stały się miejscem przyjaznym zwykłemu człowiekowi. Miejscem gdzie można rozłożyć leżak, urządzić sobie piknik, posłuchać dobrej muzyki, poćwiczyć jogę albo tai chi, uprawiać nordic walking, a nawet pobiegać, choć kiedyś nie do pomyślenia było tu położyć się nawet na trawie. Z licznych wcześniejszych zakazów pozostały jedynie dwa. Do parku nie można wprowadzać psów ani jeździć po nim rowerami. I słusznie. Niestosujących się do zasady rowerzystów konsekwentnie wyłapują parkowe patrole. Cicho sunące po nowych ziemnych alejkach… segweyami.

Otwarcie na ludzi ma też bardziej dosłowny wymiar. Parkowe bramy stoją otworem od świtu do zmierzchu, a w porze letniej również w nocy. Dla wygody zwiedzających wydłużono również godziny otwarcia zabytkowych obiektów i wprowadzono darmowe zwiedzanie w czwartki. Otwarte dla wszystkich, a tym samym bezpłatne są również liczne spotkania, koncerty, przedstawienia, warsztaty czy odczyty.

Od 2 do 30 listopada wszystkie obiekty w Łazienkach zwiedzać można za darmo. W ramach akcji Darmowy Listopad w Rezydencjach Królewskich bezpłatnie zwiedzić można również trzy inne królewskie rezydencje: Pałac w Wilanowie, Zamek Królewski w Warszawie oraz Zamek Królewski na Wawelu.

Łazienki i chińszczyzna

Żeby jednak nie było tak pięknie i miło, czas na kontrowersje. Zaczęło się niewinnie. Dwa lata temu, w pobliżu Głównej Alei, zwanej od niedawna Chińską, przekopano kanały i utworzono niewielki staw. Potem napełniono go wodą i wkrótce wprowadziły się na niego kaczki mandarynki, zupełnie nieświadome, że właśnie stają się zwiastunem zmian jakich w Łazienkach dotąd nie widziano. Przyglądałam się tym zmianom z rosnącym zaciekawieniem i niepokojem jednocześnie. Czy to już zapowiadane prace melioracyjne stawów i dróg wodnych w Łazienkach, a może początek jakiegoś nowego przedsięwzięcia? Bingo! Niedługo potem nad stawem zaczęto wznosić jakieś konstrukcje. To musi być sen – nie mogłam uwierzyć własnym oczom widząc jak budowle przybierają coraz wyraźniejsze kształty chińskich pawilonów. Intensywna czerwień belek i falującego dachu mocno korespondowała z zielenią otaczających je drzew, orientalne dekoracje i malowidła wprowadzały zamęt w znany rodzimy krajobraz.

Zgoda. W XVIII w. moda na chińszczyznę, która pojawiła się w Europie dotarła również do Polski. Tak, to prawda. Podczas prac rewitalizacyjnych Głównej Alei odkryto pozostałości chińskiego mostka, którego istnienie w Łazienkach odnotowało kilka poważnych historycznych źródeł. Fakt. Bank of China od paru lat jest jednym z głównych sponsorów Łazienek. Tak na marginesie, ostatnia wizyta przewodniczącego Chińskiej Republiki Ludowej w naszym kraju, w programie której znalazły się również Łazienki, spowodowała rzecz do tej pory niespotykaną: zamknięcie parku na prawie cały dzień! O ile rozumiem nawet uwikłanie w sponsoring (cóż, takie czasy), którego całkiem udanym efektem jest organizowany w Łazienkach letni Festiwal Lampionów, o tyle zupełnie nie przekonuje mnie tłumaczenia jakie pojawiło się na okoliczność powstania Chińskiego Ogrodu, który – jak głosi stosowna tabliczka – jest kontynuacją XVIII-wiecznej „chisnoiserie” – mody na chińszczyznę.

Po pawilonach przyszła kolej na finezyjny mostek obsadzony kolorowo kwitnącymi rododendronami oraz dwa kamienne lwy strzegące drogi do całego kompleksu. Na koniec na stawie z wdziękiem tylko im należnym rozpłynęły się biało-różowe kwiaty lotosu. Sztuczne! Oddając sprawiedliwość: konstrukcje pawilonów i ich detale wykonano z wielką starannością. Absolutnie nie można więc powiedzieć, że Chiński Ogród to kicz. Nieprzystawalność. To słowo najlepiej oddaje naturę rzeczy. Do Łazienek, do pobliskiego klasycystycznego Białego Domku, okolicznych dębów, wiewiórek. Tylko kaczki mandarynki wpisują się w ten pejzaż wyjątkowo dobrze. Ku mojemu zdziwieniu odnotowuję jednak, że chińska część parku wielce przypadła do gustu odwiedzającym. Chyba nie ma w Łazienkach częściej obfotografowanego miejsca. Widać „chińszczyzna” wiecznie na czasie!

Byle nie w weekend

Rankiem jest w Łazienkach najspokojniej, świetnie się tu wtedy biega i rozmyśla, ale jeśli ktoś nie lubi samotności, niech wpada popołudniami, kiedy dzieje się zazwyczaj więcej. Dla chętnych – magiczny spacer nocą. Co roku, we wrześniu i październiku park przeżywa najazd szkolnych wycieczek. W wakacje gości festiwale i koncerty, późną jesienią i zimą wiele imprez i spotkań przenosi się do wnętrz. Jest jednak czas kiedy omijam Łazienki szerokim łukiem – weekend. Przy ładnej pogodzie na sobotni, czy niedzielny spacer z mniej lub bardziej odległych dzielnic stolicy ściągają do Łazienek całe rodziny. To tutejszy rytuał, wyprawa często na cały dzień. Tłumy suną po parkowych alejkach, jesienią wymiatając co do jednego kasztany. Nie uświadczysz wolnej ławki. Pstrykają aparaty, pawie z iście królewską godnością znoszą godzinne pozowanie, rozkładając swoje wielobarwne ogony ku uciesze gawiedzi. Dzieciarnia ugania się za gołębiami, przekarmia kaczki i gigantyczne karpie z parkowych stawów, którym i tak przydałby się turnus odchudzający. Po lody i gofry do okienka w „łazienkowej” restauracji Trou Madame ustawia się ogonek dłuższy niż rude kitki wszystkich „łazienkowych” wiewiórek razem wzięte. Po takim weekendzie sympatyczne gryzonie objedzone do nieprzyzwoitości z łaski przyjdą po orzecha i jedynie tylko po to, żeby zakopać go na później. Nawet gołębie, co to właściwie nigdy nie gardzą okruchem, zdają się mieć dość. Dopiero gdzieś koło środy wszystko wraca do normy.

I like Chopin

Biegacze lubią w Łazienkach ranki, seniorzy ciepłe południa, zakochani wieczory, rodziny weekendy… Jest jednak grupa zupełnie nieprzewidywalna. Różnorodna i coraz liczniejsza. Nie ma ulubionej pory dnia ani roku. Ku mojemu zdziwieniu nie straszny jej nawet deszcz o siódmej rano ani wieczorny mróz minus 15! Wyskakuje z autokarów i w kolumnie truchta w kierunku bram parku od strony Alei Ujazdowskich, zawczasu szykując aparaty do zdjęć. To turyści. A zwłaszcza turyści japońscy pielgrzymujący do pomnika swojego idola, któremu na imię Fryderyk. Fryderyk Chopin. Pomnik jest nie wiele mniej znany niż sam kompozytor, a jego historia to temat na osobną opowieść, w której przewija się postaci: twórcy dzieła – muzyka i rzeźbiarza Wacława Szymanowskiego, primadonny Adelajdy Bolskiej z Opery Cesarskiej w Petersburgu zabiegającej o jego powstanie, cara Mikołaja II, który wydał na to zgodę, francuskich ludwisarzy, którzy odlali dzieło za bagatela 198 tysięcy franków, czy nazistów, z polecenia których oryginał pomnika dokładnie w południe 31 maja 1940 roku wyleciał w powietrze. „Tylko ktoś, kto sam jest muzykiem, mógł stworzyć tego “Chopina” o głowie boleśnie przechylonej na bok i przymkniętych powiekach, zasłuchanego w szept wierzby płaczącej” – pisał o rzeźbie Szymanowskiego krytyk i historyk sztuki Mieczysław Wallis. Pomnik, będący dziś celem japońskich i nie tylko pielgrzymek odbudowany zgodnie z pierwotnym projektem Szymanowskiego stanął w Łazienkach w 1958 r.

Moim zdaniem

Powiedzieć, że Łazienki to moje ulubione miejsce w stolicy, to nie powiedzieć nic. Bo Łazienki to moja powszedniość jak codzienne wstawanie o siódmej rano, czy zielona herbata na dobry początek dnia. To moja strefa spokoju, punkt spotkań, poligon odkryć, cel wypraw. Energetyczny akumulator o poranku. Pole pozytywnych wibracji. Miejsce wytchnienia w lecie, zachwytu wiosną i jesienią, zadumy zimą. Ucieczka i enklawa. Spróbujcie sami!

Lubię:

  • działalność Ośrodka Edukacji z zapałem organizującego twórcze warsztaty i zajęcia dla małych i dużych oraz ciekawe lekcje muzealne;
  • „łazienkowe” wydawnictwa, a zwłaszcza przewodniki po parku i galeriach dla dzieci, „Mapę odkrywców i wiewiórek” oraz płyty z nagraniami ptaków;
  • bezpłatne letnie koncerty fortepianowe pod pomnikiem Chopina oraz wakacyjny Festiwal Strefa Ciszy po brzegi wypełniony muzyką i muzykowaniem;
  • bezpłatne zwiedzanie zabytkowych obiektów w każdy czwartek oraz przez cały listopad w ramach akcji „Darmowy listopad” w Rezydencjach Królewskich;
  • wieczorne „zanurzenie” w Łazienki – możliwe dzięki nocnemu zwiedzaniu parku i zabytków;
  • pięciokilometrową trasę biegową im. Janusza Kusocińskiego;
  • polanę za Nową Oranżerią, od wiosny do jesieni pełną bezpłatnych leżaków, idealną na piknik z przyjaciółmi albo rodziną, grę w piłkę z dziećmi czy opalanie;
  • „przenośną bibliotekę” w sezonie letnim ustawianą na polanie piknikowej;
  • świąteczną iluminację przylegającej do Łazienek ulicy Agricoli;
  • grającą ławeczkę Chopina z jego słynnym polonezem A-dur.

Nie lubię:

  • pawilonów chińskich, nijak mających się do romantycznego łazienkowskiego ogrodu z jego spójną klasycystyczną zabudową;
  • sztucznych kwiatów lotosu pływających po stawach przy chińskich pawilonach;
  • świątecznej iluminacji Głównej Alei ze szpalerem świetlnych drucianych par w stylowych ubraniach;
  • kosmicznej gabloty z cadillakiem Marszałka Piłsudskiego, swoją nieprzystawalnością do stylu parku konkurującej jedynie z pawilonami chińskimi;
  • meleksów, kosiarek i mini traktorów porządkowych zbyt często, za szybko i w zbyt dużych ilościach śmigających po parkowych alejach;
  • a najbardziej nie znoszę odkurzaczy liści, zwłaszcza rano, niemiłosiernym warkotem zakłócających spokój poranka i skutecznie zagłuszających śpiew ptaków.
0 96 100 1

Ocena Łazienek

Spacer w Łazienkach - obowiązkowo! Najlepsza pora? Każda. Wiosną Łazienki oszałamiają soczystością zieleni i energią budzącego się życia. Gorącym latem dają upragniony chłód i wytchnienie. Zachwycają kolorami - jesienią. Magiczne są zimą, otulone śniegiem i ciszą.

96%
Średnia ocena
  • Przyroda
    100%
  • Klimat
    100%
  • Zabytki
    95%
  • Program kulturalny
    95%
  • Bezpieczeństwo
    90%