Maski włóż!

Pamiętny rozkaz padający na lekcjach przysposobienia obronnego nadal jest aktualny. I nie chodzi o ponowne próby militaryzacji szkół czy obronę terytorialną. Ten wróg nie czai się u naszych granic, nie prowadzi wojny hybrydowej, ale swój desant wysyła precyzyjnie w sam środek największych skupisk ludzkich. Atakuje szybko i skutecznie, kładzie nas pokotem, odbiera siły i chęci do wszystkiego, a bywa, że zabija. Grypa. Jesteśmy właśnie w środku jej kampanii jesiennej. Wróg znowu zbierze żniwa wśród spieszących do pracy i szkół zastępów rodaków. Znamy ten moment, gdy w autobusie ktoś obok nas prychnie, a nas już oblewa pot, czujemy niemal fizycznie, jak wirus przenika do naszego organizmu, a z parę dni leżymy z gorączką i katarem. A skuteczną ochronę przed grypą wymyślili już dawno Azjaci. I nie jest to żadna tarcza antyrakietowa ani wojska specjalne. Chyba każdy z nas, kto widział obrazki z japońskich, malezyjskich, czy tajwańskich ulic, pukał się w głowę na widok przechodniów paradujących w maseczkach na twarzach niczym Michael Jackson. Przecież i tak wdychacie spaliny w tych Waszych ogarniętych smogiem miastach. Kiedy pierwszy raz lądowałem w Azji, też się dziwiłem, ale szybko zrozumiałem, po co Azjaci zakładają te maski w miejscach publicznych. Właśnie po to, aby nie zarażać współobywateli swoimi wirusami. Proste, tanie i genialne! Dlaczego więc tak ciężkie do wprowadzenia na polskich ulicach? Wstydzimy się założyć chirurgiczną maseczkę w tramwaju? Przecież jeszcze niedawno wstydziliśmy się chodzić z kijkami, nosić słuchawki na uszach, albo wyjechać na chodnik na rolkach. Dziś nawet mówiący sam do siebie użytkownik telefonu z zestawem słuchawkowym nie dziwi. Maseczka na twarzy ciągle tak. A przecież profilaktyka zawsze kosztuje mniej niż leczenie. Wśród wielu nakazów lansowanych przez obecny rząd mógłby się znaleźć narodowy obowiązek ochrony współpasażerów. Wcale nie obraziłbym się na nakaz noszenia maseczek pod narodowym hasłem: obywatelu, maskę włóż!