Komercyjnych świąt!

Święta tuż-tuż, pomyślałem gdzieś koło lipca, gdy usłyszałem w radio pierwszą świąteczną reklamę. Serio! Czy był to żart agencji przygotowującej spot, czy chęć wyróżnienia się, czy też naprawdę chodziło o święta, które miały nadejść za pół roku? Nie wiem, ale piekło zamarzło. No bo czy ktoś o zdrowych zmysłach wyobraża sobie święta w lecie? Poczułem się tak abstrakcyjnie, jakbym był akurat na wakacjach w tropikach. Naprawdę dziwnie wyglądały witryny sklepów w Chile, gdy w pewne listopadowe popołudnie mijałem je w drodze na pobliską plażę. Wczesnoletni żar na drugiej półkuli lał się z nieba, a zza sklepowych szyb spoglądały na mnie śnieżynki i bałwanki, kolorami mieniły się bombki na choinkach, a pozytywki wygrywały dźwięki kolęd. Bo komercyjne oblicze świąt atakuje na całym świecie. Niezależnie od szerokości geograficznej, pory roku, pogody, nawet od religii przyjętej na danym terenie. Chodzi wszak o popkulturę, a nie religię. Grunt, żeby sklepy były przygotowane na świąteczne oblężenie, a świąteczna gorączka zakupowa ogarnęła nawet tych, którzy nie przywiązują wagi do religijnych obrzędów. Tym oto sposobem świąteczne chóry anielskie mogą przygrywać kolędy nawet tak dalekim od chrześcijańskiej tradycji narodom, jak np. Japończycy. I chyba nie ma się co obrażać na to poplątanie. Wkrótce świąteczne reklamy w lecie nie będą nas już dziwiły. Z chęcią obejrzymy film o Kevinie w okolicach majówki, albo posłuchamy przeboju „Last Christmas” w środku wakacji. Bo już chyba zaczyna mniej chodzić o święta, a bardziej o zakupowy rytuał. Szkoda tylko, że przez to uprzedmiotowienie, święta są coraz mniej wyczekiwane. Że bardziej chcemy je mieć już za sobą, bo dość mamy tego przedświątecznego szału, ścisku, korków, wydatków. Szkoda, że stały się przedmiotem marketingu, handlu i reklamy, i że w święta odpoczywamy nie po całym roku pracy, a po tej przedświątecznej gorączce. I szkoda, że już nie ma w święta śniegu i to nie z powodu ocieplenia klimatu. Wesołych, komercyjnych świąt!