Moja własna dama

Paryż. Luwr. Sala pełna dzieł najlepszych mistrzów włoskiego renesansu od Tycjana po Veronese. Ale tłumy widzów z aparatami w wysoko wyciągniętych dłoniach zainteresowane tylko jedną gwiazdą, Giocondą Leonardo da Vinci. Przed obliczem Mona Lisy sceny iście dantejskie. Jedni walczą łokciami o najlepsze ujęcie niczym paparazzi. Drudzy pstrykają zdjęcia obrazowi, jeszcze inni sobie, słynny obraz robi tylko za tło. Gdyby bohaterowie renesansowych dzieł w tej sali nagle ożyli, z pewnością mogliby pozazdrościć zainteresowania celebrytce z tajemniczym uśmiechem. Kraków. Muzeum Czartoryskich. Mała, klimatyczna salka z przygaszonym światłem. Na ścianie jeden obraz, w salce jeden widz. Tylko ja i Dama. Prywatna randka. Z dziełem, które przez wielu krytyków sztuki uznawane jest za najlepszy obraz renesansowego geniusza. Piękna kompozycja portretu kochanki księcia Sforzy, niemniej tajemniczy uśmiech. Zaznajomieni z historią romansu w spokoju mogą się delektować przewrotną symboliką dzieła. Do czasu. Czy Dama będzie nadal tak powszechnie dostępna skoro teraz stała się własnością narodu? Za nieskromne pół miliarda złotych kupiliśmy kolekcję, która była w Polsce od 200 lat, a której i tak nie można było wywieźć z kraju. Mistrzowskie, handlowe posunięcie. Namówić właściciela, że chce sprzedać kolekcję, która nie jest na sprzedaż i to za 5 procent wartości. Promocja u Czartoryskich. Albo fanaberia, jak to u arystokracji, może po prostu znudziła im się Dama z gronostajem? Tak czy siak, kolekcja jest teraz formalnie nasza. Dama też i mamy obywatelski obowiązek pokochać ją ponownie. A skoro właścicielem obrazu jest naród i jego obywatele wyłożyli kasę na dzieło, niechaj teraz ten naród też poczuje się jak arystokracja i nacieszy dziełem pod własnym dachem. Zatem, zgodnie z centralnie zaplanowanym harmonogramem, każdy płacący podatki obywatel powinien dostać na chwilę obraz Leonardo. Mam akurat puste miejsce nad kominkiem, powieszę go sobie. Ot, fanaberia arystokracji.