Bramy białoruskiego raju

W tym roku na tapecie będzie Białoruś. I to nie dlatego, że nasza obecna ekipa rządząca robi coraz bardziej śmiałe umizgi w stronę ostatniego dyktatora Europy. I nawet nie dlatego, że wkrótce z braku pieniędzy przestanie nadawać Biełsat, jedyna niezależna telewizja na Białorusi. Ale dlatego, że wódz kraju zza naszej wschodniej granicy na polityce zjadł zęby i doskonale potrafi rozgrywać swoich przeciwników, zręcznie balansując między Rosją a Zachodem. Jednym przypodoba się udziałem w enigmatycznym projekcie Unii Euroazjatyckiej, drugim rzuci jakiś ocieplając wizerunek ochłap, jak np. zniesienie wiz. Jakże się uradowały tabuny zachodnich turystów, szykując się na pięciodniowe wycieczki po Białorusi. Kilkoro znajomych podróżników już kupiło bilety lotnicze do Mińska, bo tylko przylatując do stolicy można zwiedzać Białoruś bez wizy. Oczywiście nie za darmo, nadal trzeba wykupić białoruskie ubezpieczenie i posiadać około stu złotych na każdy dzień pobytu. Ale bramy tego raju stanęły otworem. I pewnie, Białoruś ma przecież sporo do zaoferowania, a kraj ten jawi się jako swoista turystyczna egzotyka. W końcu to jeden z najrzadziej odwiedzanych kierunków na świecie, z zaledwie 150 tysiącami indywidualnych turystów rocznie. Jasne, że warto zwiedzić Grodzieńszczyznę, piękne zamki w Mirze, Lidzie czy Nieświeżu, miejsca związane z Mickiewiczem. Mamy przecież taki emocjonalny stosunek do naszych byłych ziem. Osobiście targają mną jednak dylematy. Jechać i wspierać system Białoruś? Kraj, gdzie łamane są prawa obywatelskie? Gdzie stosuje się metody walki z przeciwnikami politycznymi rodem ze stalinizmu, a wolność słowa, uczciwe wybory i demokracja, to jedynie wytarte frazesy w ustach władzy? Ale przecież jestem tylko turystą, chcę poznawać świat. Smutno mi, gdy wielu turystów tak się właśnie usprawiedliwi, ruszając na Białoruś. Jesteśmy tylko turystami, chcemy mieć kolejną szpilkę na mapie i nie obchodzą nas wewnętrzne sprawy Białorusi. A Baćka? Ah, to tylko taki ciepły satrapa.