Niech się święci

Kiedy pytam znajomych, jakie mają plany na długi majowy weekend, odpowiadają, że żadnych. Przecież to tylko jeden dzień wolnego i to w środku tygodnia. Jak to, dziwię się, a Międzynarodowe Święto Pracy? W wielu umysłach ten dzień ciągle jest kojarzony ze słusznie minioną epoką, komunizmem, przymusowymi pochodami pierwszomajowymi. Sporo ludzi w tym dniu normalnie pracuje, chociaż to dzień ustawowo wolny od pracy. Cóż za ironia losu! Przecież święto pracy ustanowiono właśnie na pamiątkę walki robotników o godne warunki pracy, a przede wszystkim o ośmiogodzinny dzień pracy. A teraz rezygnujemy z wolnego zamiast uczcić wysiłki robotników w XIX wieku? Wielu z nich przypłaciło tę walkę śmiercią podczas strajku i masakry w 1886 roku w Chicago, a my pracujemy i narzekamy jak to Polacy mają ciężko. Warto więc przypomnieć, że w okresie przedprzemysłowym, normą była praca po kilkanaście godzin na dobę i to sześć dni w tygodniu, a państwo nawet nie ingerowało w relacje między pracodawcą i pracownikiem. Dopiero wraz z rewolucją przemysłową na początku XIX wieku w Anglii zakazano zatrudnienia dzieci poniżej 9 lat i zgłoszono postulat skrócenia dnia pracy do 10 godzin i to zaledwie w przemyśle. W wielu innych gałęziach gospodarki w ogóle nie respektowano tych zmian. Dopiero po II wojnie światowej regulacje zaczęły się zmieniać i obowiązywać pozostałych pracowników. Dziś Polacy są jedną z najbardziej zapracowanych nacji na świecie, ale mamy też jedne z najdłuższych na świecie urlopów. Nasze 26 dni w porównaniu z piętnastoma w krajach rozwijających się jak Chiny, to naprawdę wielki przywilej. A dodać trzeba, że nawet w USA, Kanadzie, czy Nowej Zelandii, urlopy przysługujące w roku pracownikom są o wiele krótsze. Przy okazji warto wiedzieć, że nawet dziś w wielu krajach nie obowiązują żadne normy czasu pracy, czy wynagrodzeń, a zatrudnianie dzieci np. w przemyśle tekstylnym w Bangladeszu czy w innych krajach trzeciego świata, jest normą, jak XIX wieku. Świętujmy więc święto pracy.